Odc. 42: W Polskę idziemy!

czerwiec 27, 2009 by absolutnie

Piosenka, mimo upływu lat, wydaje się być nieśmiertelna. A Wy jak spędzicie wakacje? ;)

***

W tygodniu – to jesteśmy cisi jak ta ćma,
W tygodniu – to nam wszystko wisi aż do dna,
A jak się człowiek przejmie rolą – sam Pan wisz -
To zaraz plecy go rozbolą albo krzyż…
W tygodniu – to jesteśmy szarzy jak ten dym,
W tygodniu – nic się nie przydarzy, bo i z kim?
I życie jak koszula ciasna pije nas,
Aż poczujemy mus i raz na jakiś czas:

W Polskę idziemy, drodzy Panowie!
W Polskę idziemy!
Nim pierwsza seta zaszumi w głowie,
Drugą pijemy!
Do dna, jak leci, za fart, za dzieci,
Za zdrowie żony,
Było, nie było, w to głupie ryło,
W ten dziób spragniony!
Świat, jak nam wisiał, tak teraz nie jest nam wszystko jedno:
Śledziem się przeje, kumpel się śmieje, dziewczyny bledną…
Świerzbią nas dłonie i oko płonie,
Lśni jak pochodnia,
Aż w nowy tydzień świt nas wygoni,
No a w tygodniu:

W tygodniu, bracie, wolno goisz kaca fest,
Bo czy się leży, czy się stoi, jakoś jest,
W tygodniu lepią ci się oczy, boli krzyż,
A wyżej nerek nie podskoczysz – sam Pan wisz…
W tygodniu żony barchanowe chrapią w noc,
A Ty owijasz ciężką głowę ciasno w koc
I rano gapisz się na ludzi okiem złym,
Aż nagle coś się w Tobie zbudzi – i jak w dym:

W Polskę idziemy, drodzy panowie!
W Polskę idziemy!
Nim pierwsza seta zaszumi w głowie,
Do ludzi lgniemy:
- Słuchaj, Rodaku! Czerwone maki!
Serce! Ojczyzna!!!

- trzaska koszula – Tu szwabska kula,
Tu, popatrz, blizna…

Potem wyśnimy sen kolorowy, sen malowany
Z twarzą wtuloną w kotlet schabowy… panierowany…
My, pełni wiary, choć łeb nam ciąży,
Ciąży jak ołów,
Że żadna siła zła nie pogrąży
Orłów, sokołów!

A potem znów się przystopuje i znów gaz…
A społeczeństwo nas szanuje – lubią nas!
Uśmiecha do nas się najmilej ten i ów,
Tak rośnie, rośnie nam przywilej – świętych krów!
Niejeden to się nami wzrusza, słów mu brak,
Rubaszny czerep, ale dusza – znany fakt…
Nas też coś wtedy w dołku ściska, wilgnie wzrok…
Bracia, Rodacy! Dajcie pyska! Równać krok!!!

W Polskę idziemy! W Polskę idziemy!
Bracia, Rodacy!
Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza!
Odpoczniesz w pracy!
W pracy jest mikro, mikro i przykro,
Tu – gołdą spływa!
Cham lub bohater – polska sobotnia
Alternatywa.
Aż wstanie ranek i skacowani wstaną tytani
I znowu – W Polskę! Bracia kochani! Nikt nas nie zgani!
Nikt złego słowa, Łomża czy Nakło,
Nam nie bałaknie!
Jakby nam kiedyś tego zabrakło…
Nie! Nie zabraknie!

***

Jeśli o mnie chodzi, najbliższe dwa tygodnie spędzę tutaj. Zachęcam do śledzenia całej imprezy: będzie na niej mowa o rzeczach znacznie ważniejszych, niż wszystko, o czym tutaj piszę. Tak czy inaczej – do zobaczenia!

Roman Czubiński

Nie dla każdego

czerwiec 27, 2009 by absolutnie

[źródło: Polska Dziennik Łódzki]

Pierwszy szeroko nagłośniony przypadek znęcania się nad pedagogiem miał miejsce jesienią 2003 r. w toruńskiej budowlance. Wkrótce okazało się, że nie jest to jednorazowy incydent, lecz nowa świecka tradycja, szybko zdobywająca uznanie w kolejnych placówkach. Być może niedługo usłyszymy o doktorantach jednej z renomowanych uczelni, gnojących swojego promotora? Póki co, ostatnie słowo w tej dziedzinie należy do uczniów pewnego łódzkiego ogólniaka. Licealiści postanowili urozmaicić sobie nudną lekcję angielskiego, obrzucając nauczycielkę wyjątkowo podobno soczystym mięsem. Całość oczywiście sfilmowali, a następnie, rozpierani dumą z mołojeckiego wyczynu, pochwalili się nagraniem w Sieci.

Jak łatwo się domyślić, żywot filmiku nie był długi: odpowiednie władze szybko podjęły odpowiednie działania. Kompromitujące nagranie zostało usunięte z serwera, a przodujący w poniżaniu nauczycielki główny “bohater” – wyrzucony ze szkoły. Teraz klasa przychodzi podobno na lekcje z wyjątkowo smętnymi minami, a potulności, z jaką uczniowie poddają się dyscyplinie, nie powstydziliby się w obliczu swego prezesa posłowie PiS. Na pozór więc wszystko jest, jak być powinno…

…a w feralnej szkole nadal wrze. Upokorzona przez własnych uczniów anglistka jest – jak twierdzi – szykanowana przez dyrekcję. Pani dyrektor miała nazwać ją nieudacznikiem i zagrozić złożeniem skargi do kuratorium, a to w celu zmuszenia jej – kuchennymi drzwiami – do odejścia z pracy. Grono pedagogiczne jest oburzone.

Zachodzi tu – moim zdaniem – wielkie nieporozumienie. Oburzające jest w całej sprawie właśnie to, że dyrekcja nie zdecydowała się wprost odsunąć od pracy pedagoga, który się nie sprawdził! Że dementuje pogłoski, jakoby w ogóle o takiej decyzji myślano!

Zawód nauczyciela, jak każdy inny, wymaga określonych kwalifikacji, bez których posiadania poprawne wykonywanie go po prostu nie jest możliwe. Jak wyobrażacie sobie pracę policjanta, który boi się własnego cienia, a widząc na horyzoncie młodego człowieka w dresie, bierze nogi za pas? Albo żołnierza, który nie umie utrzymać karabinu? Na mocy zapisów Karty Nauczyciela pracownik oświatowy, podobnie jak policjant czy żołnierz, jest funkcjonariuszem publicznym. Jeśli w celu utrzymania dyscypliny w klasie musi uciekać się do pomocy organów ścigania – powinien poszukać innej pracy.

Nauczycielstwo to nie zawód dla każdego. Niestety, z wielu powodów – tragicznie niskie pensje, marny prestiż, złe przygotowanie na studiach – stało się w ciągu lat zawodem dla tych, którym gdzie indziej nie wyszło. Dobór kadr odbywa się w dużej mierze poprzez selekcję negatywną: przystań w szkołach znajdują ci, którym lepiej płatnej pracy nie udało się dostać. Wspomniane paragrafy Karty Nauczyciela, wprowadzone do niej staraniem ministra Romana Giertycha (Zero tolerancji…), tylko pogorszyły sytuację. Teraz nawet największe zero może czuć się za pulpitem bezpiecznie, wiedząc, że jak niedołężnie nie obchodziłoby się z uczniami, w razie czego zawsze będzie kryte. Po co więc jeszcze samemu wypracowywać sobie autorytet u młodzieży? Niech się inni frajerzy w to bawią.

Frajerzy… Oczywiście, są i tacy, których do uczenia cudzych dzieci pcha powołanie. Tym do uzyskania posłuchu i przekazania wiedzy nie jest potrzebny żaden bat w postaci statusu funkcjonariusza czy Giertychowego “zera”. Ale “Siłaczek” zawsze jest zbyt mało w stosunku do potrzeb.

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie?!

Roman Czubiński

Odc. 41: Pieprzna ballada

czerwiec 21, 2009 by absolutnie

Słów kilka w sprawie grupy facetów
chcę tu wygłosić,
Lecz zacząć muszę nie od konkretów,
a od przeprosin:
Skruszon szalenie, o przebaczenie
pokornie proszę,
Że trochę pieprzny jest felietonik,
który wygłoszę.

    Lecz mam nadzieję, że choć się w słowie
    tutaj nie pieszczę,
    To wybaczycie mi to, Panowie,
    raz jeden jeszcze…

Otóż – faceci wokół się snują,
co są już tacy,
Że czego dotkną, zaraz… popsują,
w domu czy w pracy,
Gapią się w sufit, wodzą po gzymsie
wzrokiem niemiłym,
Na niskich czołach maluje im się
straszny wysiłek!

    Bo jedna myśl im chodzi po głowie,
    którą tak streszczę:
    Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie?
    Co by tu jeszcze?

Czasem facetów – żeby mieć spokój -
- ktoś tam przerzuci
Do jakiejś sprawy, co jest na oko
nie do popsucia!
I już się prężą mózgów szeregi
i wzrok się pali,
I już widzimy, żeśmy Kolegi
nie doceniali…

    A oni myślą w ciszy domowej
    lub w mózgów truście:
    Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie?
    Co by tu jeszcze?

Lecz, choć im wszystko jak z płatka idzie,
sprawnie i krótko,
Czasem faceci – gdy nikt nie widzi -
- westchną cichutko,
Bo, mając tyle twórczych talentów,
tyle zdolności,
Boją się, by im wkrótce nie przyszło
tkwić w bezczynności…

    A brak nam wróżki, która nam powie
    w widzeniu wieszczym -
    - jak długo można pieprzyć, Panowie?!
    Jak długo jeszcze?!

Pozwólcie, proszę, że do konkretów
przejdę na koniec:
Okażmy serce dla tych facetów,
zewrzyjmy dłonie,
Weźmy się w kupę, bo w tym tkwi sedno,
drodzy Rodacy,
By się faceci czuli potrzebni
w domu i w pracy.

    Niechaj ta myśl im wzrok rozpromienia,
    niech zatrą ręce:
    Że tyle jeszcze jest do spieprzenia…
    …a będzie więcej!

Jeszcze w sprawie miernot

czerwiec 18, 2009 by absolutnie

W poświęconej pewnemu niedoszłemu (co za szczęście!) europosłowi notce z poprzedniego tygodnia stwierdziłem, że brzydzi mnie “widok podobnych miernot usiłujących podgryzać jednostki wybijające się talentem, zasługami czy choćby majątkiem ponad przeciętność (…)“. Czas, by ten temat nieco rozwinąć.

Byłbym bowiem niesprawiedliwy, zakładając, że miernota usiłuje podgryzać zawsze dla samego tylko podgryzania, czy też pluje dla samego plucia. Czyni to nieraz – jak by to paradoksalnie nie zabrzmiało – w dobrej wierze! Jej potępienie dla wybitnej jednostki wynika wtedy nie ze złej woli, lecz – mówiąc najłagodniej – z niezrozumienia.

Powszechna edukacja jest wielkim dobrodziejstwem, ale jej siły – zwłaszcza w zakresie uczenia myślenia abstrakcyjnego – nie należy przeceniać. Zawsze znajdą się tacy, którym nie przetłumaczy się, że Wojski nie miał na imię Natenczas, a “Dżuma” nie jest książką o szczurach.

To, co mam na myśli, dość dobrze wyjaśnia poniższy obrazek:

Wiersz Miłosza

***

Nie jest trudno wydać na podstawie powyższego pochopny sąd o postawie Miłosza. Wystarczy płytko i naiwnie odczytać to, co widoczne na pierwszy rzut oka. Aby zrozumieć, co poeta naprawdę powiedział, trzeba zdobyć się na wysiłek umysłowy, dostrzec drugie dno, zakwestionować jakże kuszące “oczywiste oczywistości”. A już przynajmniej przeczytać didaskalia. Słowem: chcieć to zrozumieć.

Nienawidź grzechu, kochaj grzesznika” – mówi jedna z głównych zasad moralnych chrześcijaństwa. Bądźmy więc wyrozumiali wobec miernot jako bliźnich: oni często naprawdę inaczej myśleć nie potrafią. Ale nigdy wobec miernoty jako zjawiska.

Tyle ode mnie. Aha, i jeszcze: jak widzicie, wpis ten widnieje w trzech kategoriach. Żadna z nich nie jest przypadkowa. Sapienti sat.

Roman Czubiński

Odc. 40: Niedziela na Głównym

czerwiec 14, 2009 by absolutnie

Znów okrągła liczba w nagłówku – i znowu będzie coś ekstra…

Tak wyglądało to miejsce w połowie lat 60.:

Szanowni państwo, cóż to była za piosenka!
Pana artystę tłum całować chciał po rękach
I każdy czuł, że ma zachodniej trochę krwi…
Taka piosenka – “Dimanche á Orly“!

W piosence byk nonironowo-tergalowy
Nagle psychicznie trochę poczuł się niezdrowy
I, żeby się odprężyć, jeździł na lotnisko,
Chciałby odfrunąć – to wszystko.

Pan konferansjer bez zarzutu nam to streszczał
I słuchaliśmy, piękne dzieci strasznych mieszczan,
I większość pań w słowiańskich oczach miała łzy…
Taka piosenka – “Dimanche á Orly“.

A jeśli ktoś posiadał język obcy,
To tak się mniej więcej, proszę Państwa, zachowywał, jakby do wszystkich chciał powiedzieć:
Popatrzcie na mnie, chłopcy!
I wcielał się tergalowego byka
I wchłaniał ten komunikat:

Avion á destination New York va decoller dans une heure. Les voyageurs sont demander de se reunir devant la porte 42…

Szanowni Państwo, cóż to była za piosenka!
Szanowni Państwo bili brawo, co sił w rękach
I większość pań w słowiańskich oczach miała łzy…
Taka piosenka – “Dimanche á Orly“.

Szanowni Państwo, oto projekt całkiem nowy,
Jak zlikwidować kompleks Sali Kongresowej,
Jak się nie załamywać i nie tonąć w spleenach -
Oto recepta jedyna:

Na wszystkie smutki – niedziela na Głównym!
Na oddech krótki – niedziela na Głównym!
Na sypkość uczuć i brak przyjaciela -
Niedziela na Głównym! Na Głównym niedziela!

Na niski wskaźnik – niedziela na Głównym!
Na nadmiar wyobraźni – niedziela na Głównym!
Na spleen, frustrację i oddech nierówny -
Na Głównym niedziela! Niedziela na Głównym!

W taką niedzielę, gdy czegoś się boisz,
Tych słów niewiele Ci nerwy ukoi:

Pociąg pospieszny do Kutna odjeżdża z toru pierwszego przy peronie B! Powtarzam…

Oto najlepszy jest relaks:
Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela…

***

A tak wygląda dzisiaj. Z torów dawnego Dworca Głównego nic już raczej nie odjedzie…

Któż to pamięta?

czerwiec 11, 2009 by absolutnie

Niech się święci Czwarty Czerwca” – pobrzmiewało zewsząd w ubiegłym tygodniu. Rocznica pierwszych od niepamiętnych czasów* częściowo wolnych wyborów miała zjednoczyć Polaków. Prezydent i premier jednoczyli się osobno – znaczy, obaj zdrowi.

*Jakich znowu “niepamiętnych”?! – zapytacie. Bez paniki, użyłem tego zwrotu jak najbardziej celowo. Nie dajcie się nabrać, kiedy telewizornia wciska wam frazę: “Pierwsze demokratyczne wybory po 1945…“. Ruszcie głową: a przed ową datą to niby kiedy mieli Polacy tej demokracji zaznać? Za rządów sanacji, kiedy to komunikaty prasowe głosiły: “Na listę rządową dodano x głosów“? A może za hitlerowskiej okupacji? Większy sens miałoby przy wskazywaniu daty cofnięcie się aż przed maj 1926 r. Ale tego się nie robi, a fe. Bo Marszałek Piłsudski wielkim przyjacielem demokracji był.

Jan Paweł II i Wałęsa, Wałęsa i Jan Paweł II. Tak, według mediów, przedstawia się lista twórców porozumienia, na mocy którego doszło do czerwcowych wyborów. Zaraz, a z kim właściwie oni się porozumieli? Do ściany gadali, czy jak? A jeśli jednak nie do ściany, to dlaczego nie wymienia się obok nich gen. Jaruzelskiego i premiera Rakowskiego? Coś niecoś jednak też i od nich zależało. Obie drogi – kompromisu i konfrontacji – stały przed nimi otworem. Wybrali tę pierwszą. Gdyby postąpili inaczej, nie mówilibyśmy dziś o wyborach, lecz o masakrze opozycji w czerwcu 1989 r. Do jatki, dzięki ich postawie, nie doszło. Po 20 latach posłowie – w większości byli opozycjoniści – odwdzięczyli się Generałowi, nie zapraszając go na sejmowy jubileusz. Niech ma za swoje!

Poczytniejsze dzienniki i portale zamieściły winiety pisane “solidarycą”, wcale jednak na tym nie poprzestały. Faktów, które nastąpiły po przełomie, też przecież nie można było zostawić samym sobie. Oto, co zaserwował 4 czerwca swoim czytelnikom dziennik “Polska”:

O ile do samych wyników nie sposób się przyczepić (przynajmniej ja nie mam ku temu danych), o tyle sposób ich przedstawienia cuchnie propagandą na kilometr. Oto, jak przedstawiono wahania wskaźnika dumy narodowej w kolejnych latach. Rok 1991: prawica wygrywa wolne wybory – i z miejsca wskaźnik idzie w górę niemal o połowę. Cztery lata później – buch w dół: prezydentem zostaje Kwaśniewski. (To kto go właściwie wybrał?) Ale nic to, bowiem już w 1999 r. rząd AWS-UW reformuje administrację i wprowadza nas do NATO. (Z długiej listy na ogół niefortunnych dokonań tego gabinetu wybrano chyba jedyne dwa, które po latach jakoś się bronią.) Niestety, znów mijają cztery lata i członkowie kolejnego, lewicowego już rządu zostają umoczeni w aferze Rywina. Duma Polaków słabnie. Ale natychmiast się podnosi, gdy Polska wstępuje do Unii Europejskiej. Tym bardziej, że jednocześnie dymisję składa premier Miller.

Szczególnie ostatnie dwa zdania to majstersztyk manipulacji. W istocie, wydarzenia te miały miejsce dzień po dniu (1 i 2 maja 2004 r.). Ale o tym, że do Unii wprowadził nas (…i wynegocjował korzystne warunki) właśnie rząd Millera, słowem nie wspomniano. Bo i po co?

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby dostrzec, że mamy do czynienia z typowym “wykresem z tezą“. Teza owa brzmi mniej więcej tak: “Za rządów lewicy to jeno syf, malaria i zanik inwiksu nosowego, za to pod solidarnościową prawicą jest tak cudnie, że o rany“. Dlaczego Polacy aż trzykrotnie postanawiali tę cudność przerwać, wybierając lewicowego prezydenta i rządy – tego już z wykresu się nie dowiemy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego twórcy sugerowali się tekstem piosenki Bohdana Smolenia:

Historię kocham szczerze, bo wierzę,
Że docent, co ma habilitację,
Odpowiedzialnie fakty dobierze,
Gdy mu się zada interpretację.
(…)
Można w historii znaleźć oparcie,
A jak to było – któż to pamięta?!

Tak śpiewał artysta w latach 80. Niestety, zawarte w tej samej piosence ostrzeżenie, że historia może być nicowana w każdą ze stron, wciąż jakoś do rodaków nie dociera. A powinno…

Roman Czubiński

***

Tekst zamieszczony również na portalu nieocenzurowano.pl.

Uwaga, chwalę (warszawiaków)

czerwiec 9, 2009 by absolutnie

Raz na jakiś czas zdarza się coś, co – na przekór wszystkiemu – przywraca mi wiarę w inteligencję Polaków. To nic, że większość z nich zlekceważyła wybory do europarlamentu, z własnej woli wyrzekając się wpływu na kształt europejskiego i krajowego prawa. Pal sześć, że całkiem wielu w ogóle nie wiedziało, że prawo wyboru europosłów im przysługuje. Czasami jestem w stanie wybaczyć moim rodakom naprawdę wiele.

Co takiego się stało? Informacja jest już pewna: jedna z bardziej odrażających formacji w dziejach polskiej polityki została przez głosujących odesłana na śmietnik. Nie pomógł dobry (i kasiasty) wujek Ganley, nie pomogło nachalne promowanie LPRowskich odrzutów w kierowanej przez byłego nazistę TVP. Wynik 1,14% w skali kraju mówi sam za siebie.

Jeden z obszarów tej Libertasowej klęski cieszy mnie szczególnie. W okręgu wyborczym nr 4 (Warszawa z przyległościami) sromotnie przepadł Artur Zawisza. Komiczna ta postać niedługo przed wyborami postanowiła wypłynąć z zapomnienia, uczyniła to zaś w jedyny dostępny sobie sposób: opluwając kogoś większego. Na celownik wziął więc Arturek swoją konkurentkę (jak sobie pochlebiał) Danutę Hübner, startującą z listy PO. Podczas zwołanego w maju happeningu oskarżył ją o “zatruwanie życia Europejczykom”, o bliskie pokrewieństwo z ubekami, a na deser jeszcze o to, że… zbyt dużo zarabia. Dokładniejszy opis całej hecy, którego czytania nie polecam osobom z wrażliwym przewodem pokarmowym, zamieściła jakiś czas temu “Wyborcza“.

To prawda: za Platformą nie przepadam. Ale gdybym głosował w stolicy, poparłbym Danutę Hübner. Pani profesor – niezależnie od listy, z jakiej startuje – pozostanie zawsze panią profesor. A Zawisza, choćby nawet Porozumienie dla Przyszłości go przygarnęło, będzie nadal żałosnym, rozdętym kompleksami chłystkiem.

Mało rzeczy brzydzi mnie równie mocno, jak widok podobnych miernot usiłujących podgryzać jednostki wybijające się talentem, zasługami czy choćby majątkiem ponad przeciętność. Tak długo niucha jeden z drugim wokół znakomitości, aż znajdzie w jej życiorysie jakiś haczyk, który natychmiast zaczyna rozgłaszać. “A ona pisała wiersze o Stalinie! A on miał nieślubne dziecko! A on należał do ZMS!” – płyną w świat donosy. Tym bardziej obrzydliwe i groteskowe, że ich autorzy usiłują przykryć swoją zawiść religijno-moralnym płaszczykiem. Także Zawisza, zanim zaczął bluzgać, nie omieszkał splugawić katolicyzmu, powołując się na rzekomo orędującego za nim z nieba św. Andrzeja Bobolę. A diabeł się cieszy.

I co Arturkowi z tego przyszło? Patrz: początek akapitu nr 3.

Chyba więc jednak nie tacyśmy głupi, jak o nas mówią. A wyniki wyborcze Hübner (311018 głosów) i Zawiszy (4174) powinny być ostrzeżeniem dla tych, którzy zechcieliby pójść w ślady tego drugiego. Tym kończy się plucie.

Roman Czubiński

[źródło wyników: Państwowa Komisja Wyborcza]

Odc. 39: Oto wkraczamy

czerwiec 7, 2009 by absolutnie

Minęło pięć lat, a Polska, na szczęście, chyba jednak nie zwariowała. A Ty – czy już zagłosowałeś/aś?

***

W smokingu, w dresie czy w guni,
Drogami i bezdrożami,
Oto wkraczamy do Unii
Pod stosownymi hasłami.

A hasła są – każdy przyzna -
Godne Polaków i Polek:
Bóg, Honor i Ojczyzna
Oraz “Pecunia non olet“.

W głębokie rzucamy się wiry
W stateczku własnej konstrukcji,
Niegdyś – mistrzowie konspiry,
Dzisiaj – mistrzowie korupcji.

Ci, którzy się już obłowili,
Tytani krajowych łowisk,
Z nadzieją patrzą co chwilę
W stronę unijnych stanowisk…

Drobnica zaś, plankton lichy,
Spogląda z niejakim lękiem,
I także z nadzieją cichą
Taką powtarza piosenkę:

Pecunia non olet, non olet pecunia,
Czy nakraść się trochę da Unia…?

Na plecach czuć mrówki i głowią się główki:
Czy w Unii brać będziem łapówki…?

Bo to jest problem, psia go mać,
Niech morał go umai:
Jak ktoś się przyzwyczaił brać,
W rok się nie odzwyczai!

Gdy przyjdzie Unia – Boże daj -
I prawo bez litości,
To może Polska, spory kraj,
Zwariować z normalności…

Polskie drogi

czerwiec 4, 2009 by absolutnie

Jakie są, każdy widzi. Aby ocenić ich stan jako daleki od ideału, nie trzeba nawet wyściubiać nosa z własnego powiatu. Jeszcze łatwiej jednak to zauważyć, zwiedzając z polską wycieczką dowolny kraj zachodni czy choćby południowe Czechy. Łatwo wtedy usłyszeć okrzyki zszokowanych turystów w rodzaju: – O, popatrz, równy asfalt! albo: – Ale jaja! Porządnie oznakowane rondo!, lub ewentualnie: – Eee, nudno tu – już 100 kilometrów jedziemy i żadnego pijanego rowerzysty! Osobne zagadnienie to stan naszych dróg żelaznych. Aby nie zanudzić, powiem tylko, że skrót PKP bywa nie bez racji odczytywany jako “Pójdź, koleś, piechotą” czy też drastyczniej: “Piechotą, k****, prędzej“. Niedomaganiom komunikacji miejskiej mógłbym poświęcić osobnego bloga.

Kto za to odpowiada? Jedno jest pewne: nie my! My, Naród Polski, który “komunę” obalił, Kopernika, Mickiewicza i posła Rokitę wydał, mielibyśmy paru kilometrów równej drogi nie umieć zbudować?! Albo jakiejś zasmarkanej ciuchci, za przeproszeniem, w ruch puścić?! Wolne żarty! Winę musi zatem ponosić kto inny. Kto dokładnie? Oto kilka propozycji.

Primo. Odsłonięto niedawno w moim mieście pomnik prymasa Wyszyńskiego. Na pobliskim skrzyżowaniu dochodzi regularnie do “puknięć” samochodów przez tramwaje. Czy między faktami opisanymi w dwóch poprzednich zdaniach istnieje jakaś zależność? Otóż, według niektórych, istnieje. Utyskiwania pod adresem władz miasta, które dorzuciły się do budowy pomnika, a z braku kasy odkładają zainstalowanie na rondzie sygnalizacji świetlnej, można jeszcze zrozumieć. Ale rozczarowane głosy, że monument nie zmniejszył liczby wypadków (tak jakby ktoś liczył, że to zrobi?!), już chyba nie. Albo ubolewanie, że “Nawet pociągi w tym kraju propagują kler” (składnia oryginalna), gdy tymczasem tory są krzywe. Bo wykrzywia je pewnie “propaganda kleru”… Niewiele chyba brakuje, by uznano, że to pomnik – lub któryś z jego fundatorów – sprowadza na rondo przy pomocy czarów złą energię.

Podsumowując ten punkt widzenia: zdaniem niektórych alternatywa jest prosta. Jeśli jesteś katolikiem, to nie możesz mieć bladego pojęcia o zarządzaniu drogami; aby zaś umieć nimi zarządzać, koniecznie musisz dokonać apostazji. Jednego z drugim pogodzić się absolutnie nie da, a kto twierdzi inaczej, ten idiota. Taki, jak ja.

Secundo. W regularnie przeglądanej przeze mnie galerii transportowej zamieszczono niedawno widoczek z Zurychu. A pod widoczkiem jego autor zaczął się rozwodzić, jak to fajniście wygląda w owym mieście komunikacja: że strefa piesza w centrum, że wszędzie można dojechać tramwajem, że przesiadki nie wymagają kilometrowych spacerów… – słowem, wszystko jak w szwajcarskim – nomen omen – zegarku. – Żeby to u nas tak było… – w tym mniej więcej tonie westchnął ktoś w komentarzu. Na co jednak ktoś inny ponuro zareplikował: – Dobra, dobra. Myśmy z faszystami nie kolaborowali.

Olśniło mnie. Toż to nie kto inny, jeno faszyści powiedzieli Szwajcarom, jak się robi transport miejski! To Hitler z Goeringiem podszepnęli im, żeby towary przewozić koleją, a nie rozjeżdżającymi miasta TIRami! My, Polacy, gardzimy jednak kolaborantami. A jako, że tradycje walki z okupantem mamy długie i chwalebne, nadal będziemy projektować i budować infrastrukturę w sposób przyprawiający o apopleksję. Smiert’ faszizmu!

Tertio. Jeśli powyższe propozycje Was nie przekonały – nic straconego. Jak nie można znaleźć kozła ofiarnego, w zanadrzu pozostają zawsze… nie, nie Żydzi. “Ruscy”. Zdaniem wielu rodaków, to właśnie ich wpływowi na Polskę przez ostatnie kilkadziesiąt lat “zawdzięczamy” nie tylko wszelkie braki w sieci drogowo-kolejowej, ale także koleiny w asfalcie, pijaństwo kierowców, umysłowy niedorozwój projektantów itp.

Na pozór pogląd ten da się logicznie obronić – ale tylko na pozór. Bo, na przykład, władzom Królestwa Polskiego w latach 1815-1830 rosyjska dominacja nie przeszkodziła jakoś w stworzeniu całkiem porządnej sieci komunikacyjnej. (Fakt, że ówczesne “autostrady” miały nawierzchnię z polnych kamieni i szerokość dwóch furmanek – ale tak było wszędzie). Spore odcinki autostrad oddano też do użytku w socjalistycznej Czechosłowacji, i to w okresie, gdy doświadczała ona radzieckiej “bratniej pomocy” znacznie intensywniej, niż PRL. A znowu w II RP, dla odmiany, Rosjanie mieli do powiedzenia raczej niewiele (chyba, że wierzyć pogłoskom o poleceniach z Kremla przekazywanych marszałkowi Piłsudskiemu przez tajny telefon w ścianie bóżnicy), a od jednej do drugiej wojny światowej większość jej obywateli porządnej drogi na oczy nie zobaczyła. Ba, całkiem wielu było takich, którzy nie wiedzieli, jak się chodzi po schodach.

***

Jak jasno wynika z powyższego, podczas rozmowy na temat transportu w Polsce prawidła logiki nie obowiązują. Winą za jego fatalny stan możemy obarczyć absolutnie każdą postać, ideologię czy zbiorowość, której z jakichś powodów nie lubimy. A teraz powiem Wam prawdę. Za tę całą naszą infrastrukturalną nędzę od początku do końca odpowiada Zygmunt III Waza.

Roman Czubiński

P.S.: Data publikacji tekstu nie jest przypadkowa. Rocznica obalenia “ustroju komunistycznego” to dobra okazja, aby przyjrzeć się temu, co udało się od momentu jego obalenia zdziałać na polu infrastruktury. Obalenie czegoś, co nigdy i nigdzie naprawdę nie zaistniało, to bezsprzecznie duże osiągnięcie. Jak widać, budowa i utrzymanie porządnej drogi może jednak okazać się zadaniem znacznie trudniejszym.

Odc. 38: Nie ma jak u Mamy

maj 31, 2009 by absolutnie

Dzień Matki co prawda już minął, ale tekst i tak warto przypomnieć.

***

Ona jedna dostrzegała
W durnym świecie tym jakiś ład
Własną piersią dokarmiała,
Oczy mlekiem zalewała…
Wychowała jak umiała,
A gdy wyjrzał już człek na świat,
Wziął swój los w ręce dwie
I nie w głowie mu było, że:

Nie ma jak u Mamy -
Ciepły piec, cichy kąt,
Nie ma jak u Mamy,
Kto nie wierzy, robi błąd…
Nie ma jak u Mamy -
Cichy kąt, ciepły piec,
Nie ma jak u Mamy,
Kto nie wierzy – jego rzecz…

A tym czasem człeka trawił,
Spać nie dawał mu jakiś mus,
Żeby sadłem się nie dławić,
Lecz choć trochę świat poprawić…
Nieraz w trakcie tej zabawy
Świeży na łbie zabolał guz,
Człowiek jadł z okien kit,
Lecz zanucić mu było wstyd:

Nie ma jak u Mamy…

Te porywy, te zapały
Jak świat światem się kończą tak,
Że się wrabia człek pomału
W ciepłą żonę, stół z kryształem…
I ze szczęścia ogłupiały
Nie obejrzy się nawet, jak
W becie już ktoś się drze,
Komu nawet nie w głowie, że:

Nie ma jak u Mamy…