Farsa w trzech aktach

By absolutnie

Prolog:

Już nigdy nie będę się śmiał… – pomyślałem. Ale zaraz przypomniałem sobie, że istnieje przecież polska prawica.

Akt I

Nowy minister sprawiedliwości Andrzej Czuma (PO) doświadczenia prawniczego nie ma zbyt wiele. Ma za to kwalifikacje innego rodzaju. W latach 70. próbował wysadzić w powietrze pomnik Lenina. Gdy więc tylko został ministrem, postanowił twórczo wykorzystać nabyte wtedy umiejętności.

Tym razem plan destrukcji został dla niepoznaki nazwany “projektem usprawnienia pracy prokuratury”. Idea jest prosta: aby zarabiać więcej, musisz zbierać punkty. A tych otrzymujesz tym więcej, im wyższego żądasz wymiaru kary i im więcej wyroków uda Ci się przepchnąć przez sąd. A zawodowa rzetelność? A czas na porządne zbadanie sprawy? A widniejąca wciąż jeszcze w nazwie resortu Sprawiedliwość? Oj, tam. To takie niemedialne.

Za rządów Jarosława Kaczyńskiego ówczesna minister pracy proponowała, aby przyszli emeryci deklarowali, przez ile lat po zakończeniu pracy chcą otrzymywać świadczenia (czyli de facto – ile chcą pożyć). Długo myślałem, że jest to rekord absurdu nie do pobicia. Myliłem się. Gładko przeskoczył go minister Czuma, zgłaszając projekt, sprowadzający się do uczynienia z oskarżycieli stachanowców. W myśl owego projektu prokurator zrobi najlepszy interes, jeśli dla każdego oskarżonego o kradzież gumy do żucia będzie domagał się bezwzględnego dożywocia w więzieniu o zaostrzonym rygorze. A jeśli w dodatku ma przypadkiem znajomego sędziego, który po koleżeńsku zgodzi się ułatwiać mu napełnianie kieszeni, wydając wyroki po myśli oskarżenia… Sprawę dodatkowo pogarsza fakt, że tym razem szanse na odwołanie ministra są nikłe, bowiem – w przeciwieństwie do wspomnianej przed chwilą pani – nie należy on do Samoobrony.

Jedna jedyna rzecz napawa optymizmem. Od 1997 roku nie ma w polskim prawie kary śmierci.

Akt II

Kazio Marcinkiewicz, którego ankietowani w sondażach chętnie nazywają “mężem stanu”, po raz kolejny udowodnił, że jest najwyżej mężusiem staniku. Szczytem jego błazeństw nie było wcale marionetkowanie na stanowisku premiera rządu, w którego skład weszli Lepper i Giertych. Ani objęcie posady w londyńskim banku przy braku znajomości nie tylko ekonomii, ale i angielskiego. Ani nawet pozbawione dowodów oskarżenia wobec liderów PiS, którym uprzednio gorliwie nadskakiwał tak długo, aż mu ową londyńską posadę załatwili. Dopiero niedawno Kazio pokazał, na co naprawdę go stać.

Kazio postanowił się rozwieść. Jego rzecz, choć jako konserwatyście wiarygodności raczej mu to nie dodaje. Na londyńskiej ulicy Kazia i jego nową wybrankę namierzyli reporterzy brukowca. Kazio nie chciał, aby o sprawie dowiedziała się publika, więc… co zrobił? No, jak to, co? Przecież to oczywiste. Udzielił brukowcowi wywiadu! A ponieważ nie chciał też ujawniać wizerunku wybranki, przesłał brukowcowi jej zdjęcia.

I teraz się zaczyna prawdziwy cyrk. Bo Kazio – rozumiecie – w wywiadzie wszystko wypaplał i zdjęcia wysłał, ale tylko po to, żeby brzydki brukowiec się od niego odczepił! Kazio sądził, że jak pan redaktor zaspokoi swoją prywatną ciekawość, to czytelnikom słówka nie piśnie. Tak się tłumaczy.

Rozstanie Kazia z małżonką to, jako się rzekło, jego (i małżonki) sprawa prywatna. O wiele bardziej niepokojący jest fakt jego rozwodu z własnym rozumem oraz poczuciem przyzwoitości. Cóż, nie traćmy nadziei – może zejdzie się z nimi jeszcze kiedyś. Tylko niech na ceremonię pojednania nie zaprasza brukowców.

Akt III

Był czas, że kanapowe partyjki powstawały na prawicy średnio co tydzień. Po sezonie świątecznym, w którym aktywność ta nieco przycichła, jej animatorzy ostro zabrali się do nadrabiania zaległości. Najnowsze ich dziecko nazywa się “Naprzód, Polsko!“.

Bohdan Poręba – choć posłużył Barei za pierwowzór postaci reżysera Barewicza – na tle reszty “naprzodowych” przyjemniaczków jeszcze nie najgorzej się prezentuje. Jego film “Hubal” stoi na poziomie ciut wyższym, niż literackie analizy eksposła Janusza Dobrosza, który swego czasu zamierzał wymazać z planów polskich miast ulice Jana Brzechwy za propagowanie przez poetę donosicielstwa (tyle pan poseł zrozumiał ze “Skarżypyty“)*. Z kolei europoseł (jeszcze, niestety, nie były) Bogdan Pęk chwalił się publicznie, że europosłem został jedynie po to, aby… rozwalić Unię Europejską od środka. Ten przynajmniej wie, co umie robić najlepiej (jak w dowcipie o rozmowie dwóch dresów, pamiętacie?).

“Naprzód, Polsko!”? Jeśli z takimi kadrami, to już chyba lepiej “nazad”.

Roman Czubiński

*- pomysł z Brzechwą jest autentyczny, uzasadnienie zostało zaczerpnięte z internetowej satyry. Odnoszę jednak wrażenie, że jej autor nie spłycił rozumowania eksposła. Raczej wprost przeciwnie.

Tagi: , , , , , , ,

Jedna odpowiedź do “Farsa w trzech aktach”

  1. Róbmy swoje! mówi:

    [...] Czuma zwolniony za wyrażenie opinii o niewinności głównych podejrzanych; jakby nie było ważniejszych powodów…) – lepsze to, niż chowanie głowy w piasek. Społeczeństwo, nauczone [...]

Dodaj komentarz