Lech Mażewski, W objęciach utopii. Polityczno-ideowa analiza dziejów Solidarności 1980-2000, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2001.
Nazwisko „Lech Mażewski” niewiele mówi szerszej publiczności. Historyk ten był niegdyś posłem Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Partii Konserwatywnej, a obecnie jest publicystą „Myśli Polskiej” i „Przeglądu” (swoją drogą – zestawienie ciekawe samo w sobie). Jego książkom nie towarzyszy medialny rozgłos, a stawiane przezeń tezy nie funkcjonują w debacie publicznej. A szkoda, bo mało jest pozycji równie odważnie, jak ta opisana poniżej, łamiących stereotyp złego zomowca z pałą i dobrego związkowca z gałązką oliwną.
Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich obejmuje dzieje NSZZ „Solidarność” od jego powstania w sierpniu 1980 r. do obrad Okrągłego Stołu włącznie. Druga poświęcona jest związkowej utopii samej w sobie, a także polityce „S” po jej odrodzeniu na fali kwietniowo-majowych strajków roku 1988. Trzecia wreszcie podsumowuje 20 lat związkowej historii z perspektywy obchodów dwudziestolecia istnienia „S”. W ostatnim rozdziale autor próbuje odpowiedzieć na prowokacyjne pytanie: A co by było, gdyby „Solidarność” nie powstała?
Główne tezy Mażewskiego można streścić następująco: Powstanie “S” było efektem toczącej się w końcówce lat 70. gry pomiędzy hierarchią Kościoła katolickiego, opozycyjnie nastawionymi masami, stojącymi na ich czele elitami oraz kierownictwem PZPR. Dużą rolę odegrał istniejący w tym ostatnim spisek przeciwko I sekretarzowi Edwardowi Gierkowi. Na mocy Porozumień Sierpniowych rządzący wyrazili zgodę na pluralizm społeczny, przy jednoczesnym zachowaniu politycznej władzy PZPR; był to kolejny krok na drodze dekomunizacji, na którą Polska weszła w Październiku 1956 r. Niestety, liderzy opozycji bardzo szybko wykroczyli poza przyznane im w Porozumieniach koncesje: już w miesiąc po ich podpisaniu wiadomo było, że nowopowstała organizacja będzie miała strukturę regionalną, nie zaś branżową, co upodabniało ją raczej do partii politycznej, niż do związku zawodowego. Związkowe elity zaczęły coraz mocniej wchodzić w politykę, co w połączeniu z utopijnym programem „Samorządna Rzeczpospolita” oznaczało parcie do konfrontacji z władzą. Mimo przestróg ze strony m. in. Kościoła, liderzy “S” nie doceniali sił przeciwnika, czego efektem stało się odrzucenie złożonej 4 XI 1981 r. przez premiera gen. Jaruzelskiego propozycji udziału związku we Froncie Porozumienia Narodowego. Projekt Frontu można nazwać wcześniejszym o 8 lat prototypem Okrągłego Stołu. Uchwały radomskiego spotkania Prezydium “S” oraz posiedzenia Komisji Krajowej w dniach 11-12 XII (wzywano w nich do przeprowadzenia – nierealnych w ówczesnej sytuacji politycznej – wolnych wyborów, a w razie niespełnienia tego postulatu – do obalenia rządu siłą) skłoniły gen. Jaruzelskiego do wprowadzenia prewencyjnego w założeniu stanu wojennego. Równie ważnymi motywami tej decyzji były: konieczność ratowania gasnącej gospodarki oraz istniejąca wciąż groźba interwencji radzieckiej. NSZZ „S” rozwiązano – wraz z pozostałymi związkami – dopiero ustawą z dnia 8 X 1982 r..
Sytuacja uległa znaczącej zmianie w ciągu lat 80. Po pierwsze, Stan Wojenny uświadomił liderom „S”, że są „generałami bez armii”: kilkukrotne próby wywołania strajku generalnego spełzły na niczym. Stało się jasne, że nie ma powrotu do istniejącego przed 13 XII 1981 r., destrukcyjnego dla kraju dualizmu państwo – „Solidarność”. Efektem było zwiększenie politycznego realizmu wiązkowych elit i ich skłonności do dialogu z rządzącymi. Po drugie, dojście do władzy w ZSRR ekipy Michaiła Gorbaczowa stworzyło korzystną koniunkturę dla zwiększania samodzielności poszczególnych państw bloku wschodniego (koncepcja likwidacji „zewnętrznego imperium”). Po trzecie wreszcie, władza posunęła znacznie naprzód reformy gospodarki w kierunku wolnorynkowym. Te ostatnie jednak blokowało przyznane robotnikom jeszcze przez ekipę gierkowską „prawo weta” w sprawie podwyżek cen żywności. Kierownictwo PZPR potrzebowało reprezentacji robotników, która za cenę ustępstw politycznych przyzwoliłaby na urealnienie owych cen (czyli de facto – ich znaczną podwyżkę). W takiej właśnie roli, przy wsparciu ze strony Kościoła i przyzwoleniu rządzących, u schyłku dekady reaktywowano w końcu „S”…
Konkluzja autora brzmi: „Tak więc gdyby NSZZ „Solidarność” nie powstała, to Polska na przełomie tysiącleci byłaby również państwem niepodległym, w którym proces dekomunizacji dawno by się zakończył. (…) należy uwolnić polską politykę od resztek solidarnościowego utopizmu i prób anarchizowania życia publicznego. (…) Dość jest chyba u nas – i bez solidarnościowego kombatanctwa – przejawów jasełkowego patriotyzmu”.
Wszystko to logicznie powiązane, dość przystępnie – choć nie bez błędów stylistycznych – przedstawione i obficie udokumentowane – co ważne – w dużym stopniu wypowiedziami samych członków „S”. Niby więc wszystko pięknie, ale…
Wątpliwość I. Czy można mieć pretensje do liderów „S” o ich nieodpowiedzialne zachowanie? Postawa ich doprowadziła do sytuacji, w której Stan Wojenny stał się koniecznością. Czy jednak oderwanie związkowych elit od realiów nie było determinowane z jednej strony przez brak politycznego doświadczenia, z drugiej zaś przez przesiąknięcie nawykami myślowymi typowymi dla realnego socjalizmu, w którym się wychowali? Poza tym, już Paweł Jasienica zauważył, że bezwarunkowy odruch każący każdej istocie żywej szukać swobody działa także w polityce. Potrzeba tej właśnie swobody wybuchła na początku lat 80. ze zdwojoną, trudną do opanowania siłą. Autor wydaje się nie doceniać roli czynnika psychologicznego w podejmowaniu decyzji tak przez związkowe elity, jak i masy. Słusznie chyba zarzuca mu to Zbigniew Bujak, autor jedynej polemiki* z omawianą książką, jaką udało mi się znaleźć.
Wątpliwość II. Czy warto rezygnować z jednej z najlepiej rozpoznawalnych za granicą polskich „marek”, jaką jest Solidarność? Czy – mówiąc wprost – nie potrzebujemy narodowego mitu? Mit, jak to mit, rządzi się swoimi prawami. Wielka Rewolucja nie była przecież tak święta, jak to przedstawiają Francuzi. Pułkownik von Stauffenberg, którym szczycą się Niemcy, był zwykłym nazistą chcącym ratować własną skórę. Podbój Dzikiego Zachodu mało miał wspólnego ze znaną z amerykańskich westernów romantyczną przygodą, bardzo za to dużo ze zwyczajnym bandytyzmem. A jednak… baśń i legenda są dla wspólnoty narodowej ważniejsze nieraz, niż setki naukowych opracowań dziejów ojczystych. Może więc powinniśmy zostawić „nasz” mit dzielnych związkowców obalających komunizm w spokoju, a ewentualne „odbrązawianie” jego bohaterów pozostawić obcym?
Nie jestem wobec opisywanej publikacji bezkrytyczny, uważam ją jednak za wartą przeczytania. Aby wyrobić własny pogląd, należy poznawać różne stanowiska, także te, których nie zauważają mainstreamowe media. Już choćby jako przeciwwaga dla propagowanych w nich tez historyków IPN, książka Mażewskiego warta jest polecenia. Będę rad, jeśli niniejsza recenzja skłoni choć jedną osobę do zapoznania się z opisywaną publikacją i zgodzenia się z jej tezami lub podjęcia polemiki.
Roman Czubiński
* http://www.bujak.pl/?id=10
***
Tekst ukazał się również w ostatnim (maj-czerwiec 2009) numerze “Kuriera Instytutu Historii” Uniwersytetu Łódzkiego (KIHa).
[...] ponad dwóch lat nazwisko Autora omawianej dziś pozycji. Recenzując tu napisaną przezeń „W objęciach utopii” – nonkonformistyczną i stanowczo niepozbawioną racji analizę dziejów NSZZ [...]