Któż to pamięta?

By absolutnie

Niech się święci Czwarty Czerwca” – pobrzmiewało zewsząd w ubiegłym tygodniu. Rocznica pierwszych od niepamiętnych czasów* częściowo wolnych wyborów miała zjednoczyć Polaków. Prezydent i premier jednoczyli się osobno – znaczy, obaj zdrowi.

*Jakich znowu “niepamiętnych”?! – zapytacie. Bez paniki, użyłem tego zwrotu jak najbardziej celowo. Nie dajcie się nabrać, kiedy telewizornia wciska wam frazę: “Pierwsze demokratyczne wybory po 1945…“. Ruszcie głową: a przed ową datą to niby kiedy mieli Polacy tej demokracji zaznać? Za rządów sanacji, kiedy to komunikaty prasowe głosiły: “Na listę rządową dodano x głosów“? A może za hitlerowskiej okupacji? Większy sens miałoby przy wskazywaniu daty cofnięcie się aż przed maj 1926 r. Ale tego się nie robi, a fe. Bo Marszałek Piłsudski wielkim przyjacielem demokracji był.

Jan Paweł II i Wałęsa, Wałęsa i Jan Paweł II. Tak, według mediów, przedstawia się lista twórców porozumienia, na mocy którego doszło do czerwcowych wyborów. Zaraz, a z kim właściwie oni się porozumieli? Do ściany gadali, czy jak? A jeśli jednak nie do ściany, to dlaczego nie wymienia się obok nich gen. Jaruzelskiego i premiera Rakowskiego? Coś niecoś jednak też i od nich zależało. Obie drogi – kompromisu i konfrontacji – stały przed nimi otworem. Wybrali tę pierwszą. Gdyby postąpili inaczej, nie mówilibyśmy dziś o wyborach, lecz o masakrze opozycji w czerwcu 1989 r. Do jatki, dzięki ich postawie, nie doszło. Po 20 latach posłowie – w większości byli opozycjoniści – odwdzięczyli się Generałowi, nie zapraszając go na sejmowy jubileusz. Niech ma za swoje!

Poczytniejsze dzienniki i portale zamieściły winiety pisane “solidarycą”, wcale jednak na tym nie poprzestały. Faktów, które nastąpiły po przełomie, też przecież nie można było zostawić samym sobie. Oto, co zaserwował 4 czerwca swoim czytelnikom dziennik “Polska”:

O ile do samych wyników nie sposób się przyczepić (przynajmniej ja nie mam ku temu danych), o tyle sposób ich przedstawienia cuchnie propagandą na kilometr. Oto, jak przedstawiono wahania wskaźnika dumy narodowej w kolejnych latach. Rok 1991: prawica wygrywa wolne wybory – i z miejsca wskaźnik idzie w górę niemal o połowę. Cztery lata później – buch w dół: prezydentem zostaje Kwaśniewski. (To kto go właściwie wybrał?) Ale nic to, bowiem już w 1999 r. rząd AWS-UW reformuje administrację i wprowadza nas do NATO. (Z długiej listy na ogół niefortunnych dokonań tego gabinetu wybrano chyba jedyne dwa, które po latach jakoś się bronią.) Niestety, znów mijają cztery lata i członkowie kolejnego, lewicowego już rządu zostają umoczeni w aferze Rywina. Duma Polaków słabnie. Ale natychmiast się podnosi, gdy Polska wstępuje do Unii Europejskiej. Tym bardziej, że jednocześnie dymisję składa premier Miller.

Szczególnie ostatnie dwa zdania to majstersztyk manipulacji. W istocie, wydarzenia te miały miejsce dzień po dniu (1 i 2 maja 2004 r.). Ale o tym, że do Unii wprowadził nas (…i wynegocjował korzystne warunki) właśnie rząd Millera, słowem nie wspomniano. Bo i po co?

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby dostrzec, że mamy do czynienia z typowym “wykresem z tezą“. Teza owa brzmi mniej więcej tak: “Za rządów lewicy to jeno syf, malaria i zanik inwiksu nosowego, za to pod solidarnościową prawicą jest tak cudnie, że o rany“. Dlaczego Polacy aż trzykrotnie postanawiali tę cudność przerwać, wybierając lewicowego prezydenta i rządy – tego już z wykresu się nie dowiemy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jego twórcy sugerowali się tekstem piosenki Bohdana Smolenia:

Historię kocham szczerze, bo wierzę,
Że docent, co ma habilitację,
Odpowiedzialnie fakty dobierze,
Gdy mu się zada interpretację.
(…)
Można w historii znaleźć oparcie,
A jak to było – któż to pamięta?!

Tak śpiewał artysta w latach 80. Niestety, zawarte w tej samej piosence ostrzeżenie, że historia może być nicowana w każdą ze stron, wciąż jakoś do rodaków nie dociera. A powinno…

Roman Czubiński

***

Tekst zamieszczony również na portalu nieocenzurowano.pl.

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Odpowiedzi: 7 do “Któż to pamięta?”

  1. telemach mówi:

    Bo historii jako takiej nigdy nie było. Nawet w stosunku do dnia wczorajszego są tylko interpretacje. Historia jest konstruktem. I jako taka nie może być wolna od interpretacji. W zależności, czy nam się te interpretacje podobają czy też nie, jak również czy są zgodne z tym co nam się dotąd wydawało – odbieramy je jako manipulacje lub cenne świadectwo.

  2. Roman Czubiński mówi:

    Nie zgodzę się. Doboru i interpretacji faktów nie da się uniknąć, można jednak przynajmniej starać się zachować przy tym bezstronność. Przypadki opisane w notce są przykładem wypaczania historii, stąd moja próba (na miarę możliwości) przywrócenia równowagi przynajmniej w małej skali.

  3. telemach mówi:

    W takim razie nie pozostaje nam nic innego jak spisać protokół rozbieżnoóci.
    Na marginesie: w oparciu o jakie kryteria można zachować bezstronność w trakcie doboru i interpretacji subiektywnych z natury źródeł? Interesujące pytanie, nieprawdaż?
    Ukłony
    t

  4. Roman Czubiński mówi:

    Kryterium wstępne – acz oczywiście nie jedyne – to niepomijanie faktów niewygodnych. Autor wykresu tego warunku nie spełnił, stąd też mój zarzut w kierunku jego dzieła.

    Wbrew pozorom, spełnienie tych kryteriów jest możliwe. Przeczytałem niedawno monografię Colloquium Charitativum, toruńskiej XVII-wiecznej rozmowy teologicznej między katolikami i protestantami. Wydawałoby się, że jest to temat szczególnie drażliwy, zwłaszcza wtedy, gdy – jak w przypadku czytanej przeze mnie pracy – zabiera się zań katolicki biskup. Tymczasem dzieło bp. Piszcza spotkało się z przychylną oceną protestanckiego historyka Janusza Małłka, który w napisanej przez siebie przedmowie mocno podkreślił bezstronność, z jaką autor podszedł do materiału źródłowego. A więc można – jak widać.

    Nawiasem mówiąc, chodzi mi po głowie napisanie czegoś obszerniejszego na temat sposobu uprawiania i pojmowania historii. Co z tego wyjdzie – zobaczymy.

  5. telemach mówi:

    Nieopuszczanie jest w istocie interesującym kryterium. Zakłada jednak naszą wiedzę o tym co opuszczone by być mogło. Jak to zrobić – nie wiem. Sprawdzić, że 2 plus 2 nie równa się 5 jest łatwo o ile się wie ile się równa. Jak jednak dokonać tej oceny bez takiej wiedzy?

    Powodzenia
    t.

  6. Roman Czubiński mówi:

    Byłbym naiwny, zakładając, że żurnalista był pozbawiony podstawowej wiedzy z najnowszej historii Polski.

  7. telemach mówi:

    Drogi autorze
    myślę że właśnie był jej pozbawiony. To brzmi na pozór paradoksalnie, po głębszym zastanowieniu jednak – ma sens. Wejdź na taki Salon24. Spotkasz tam setki ludzi żyjących w rzeczywistości równoległej, nie tylko elementarne fakty historyczne lecz również zdarzenia dnia wczorajszego jawią im się jako zupełnie odmienne niż dajmy na to nam dwojgu. Ich historia ostatniego 20-lecia nie ma nic, ale to nic wspólnego z naszą – mimo że przeżyliśmy razem z nimi ten czas. W tym świecie równoległym – podobnie jak w naszym – nie doświadcza się historii “bezpośrednio”, żadko bywamy w środku zdarzeń aby potem móc dać świadectwo. Mamy co prawda złudzenie, że przeżyliśmy obrady okrągłego stołu, albo “nocną zmianę”. W rzeczywistości jednak konserwujemy tylko wypadkową tego co przeczytaliśmy, co nam opowiedziano. Nasze poglądy są pochodną sugerowanych sądów, zapamiętujemy to co na temat tego co widzieli inni napisali jeszcze inni. Poglądy naszych adwersarzy podlegają temu samemu mechanizmowi – żyją oni jednak w rzeczywistości równoległej, z innymi komentatorami, innym rodzajem chcianej lub mimowolnej ślepoty.

    Do czego zmierzam? Ano do tego, że mechanizm ten dotyczy również dziennikarzy. Twój “żurnalista” był pozbawiony “naszej” wiedzy, on miał “ich” wiedzę. Najprawdopodobnie nie będąc nawet tego faktu świadomym.
    ukłony
    t.

Dodaj komentarz