Lech Mażewski, Najlepsze Państwo (z perspektywy patriotycznego realisty), Wydawnictwo Comandor, Warszawa 2005.
Uważni Czytelnicy pamiętają może sprzed ponad dwóch lat nazwisko Autora omawianej dziś pozycji. Recenzując tu napisaną przezeń “W objęciach utopii” – nonkonformistyczną i stanowczo niepozbawioną racji analizę dziejów NSZZ “Solidarność” – wspomniałem o jego publicystyce, zamieszczanej na łamach “Przeglądu” i “Myśli Polskiej”. Właśnie wybrane teksty Mażewskiego z tych tytułów – a także Magazynu “Obywatel” i nieistniejącego już miesięcznika “Dziś” – złożyły się na 72-stronnicową broszurę, której poświęcam niniejszy tekst.
Moją partią jest Polska
We wstępie Autor określa wspólny mianownik dziewięciu tworzących całość artykułów. Jest nim dwudziestowieczna historia Polski ze szczególnym naciskiem na kluczowe daty: 1918, 1945 i 1989 r. Definiuje też tytułową perspektywę patriotycznego realisty: “moją partią jest Polska, a nie cokolwiek innego (…) traktuję o tym, co rzeczywiście było lub obecnie jest, a nie odwołuję się do wytworów ideologicznych fantazji”. Uzupełnienie tej deklaracji ideowej stanowi dedykacja dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
Z powodu osobistych zainteresowań, a także przez wzgląd na cierpliwość Czytelników, części esejów – tych poświęconych zagadnieniom filozoficznym, gospodarczym lub bieżącym komentarzom politycznym – przyjrzę się pobieżnie. Szerzej zajmę się trzema pierwszymi, ściśle historycznymi.
I. O genezie i upadku II RP oraz powstaniu PRL
W pierwszym szkicu Mażewski omawia “krzywą suwerenności” Polski w latach 1914-1945. Startując na początku I wojny światowej od zera, krzywa ta doszła – poprzez kolejne manifesty poszczególnych państw zaborczych, w tym najważniejszy według autora akt 5 listopada 1916 r. – do punktu, w którym nie mogła już być pominięta na przyszłej konferencji pokojowej. Jednak pełną niepodległość Polski umożliwiła dopiero “polityczna próżnia”, powstała w Europie Środkowej na skutek rozpadu wszystkich mocarstw zaborczych.
Utwierdzeniu suwerennego bytu służyła najpierw polityka oparta o sojusz polsko-francuski i system bezpieczeństwa zbiorowego w ramach Ligi Narodów, następnie – wobec stopniowej destrukcji ładu wersalskiego – dwustronne pakty o nieagresji z Niemcami oraz Związkiem Radzieckim. Polityka “równej odległości” okazała się jednak niemożliwa do kontynuowania na dłuższą metę.
Po klęsce wrześniowej, mimo utrzymania formalnej ciągłości władz, państwo polskie znalazło się w faktycznym niebycie, z którego wyrwał je dopiero wybuch wojny niemiecko-radzieckiej. Autor ocenia, że błędem premiera Sikorskiego było niepodjęcie w rozmowach ze Stalinem tematu rewizji przedwojennej granicy polsko-radzieckiej, co mogłoby wzmocnić pozycję Polski podczas późniejszych konferencji mocarstw sprzymierzonych. Decyzje owych konferencji odczytuje jako “rewizję ładu wersalskiego wynikającą z faktu, że tym razem Rosja wojny nie przegrała”. W efekcie Polska przejściowo znalazła się, co prawda, w radzieckiej strefie wpływów, w zamian jednak uzyskała trwałe przesunięcie geograficzne ku zachodowi oraz etniczną jednorodność.
Takie ujęcie historii opisywanych lat ma jednak wiele słabych punktów. Uderza przede wszystkim zupełne przemilczenie orędzia prezydenta USA z 8 stycznia 1918 r. Autor twierdzi, że polscy przywódcy powinni byli wydatniej wesprzeć wysiłek wojenny państw centralnych po 1916 r. Nie bierze pod uwagę, że w razie przegranej Niemiec i Austro-Węgier – której włączenie się Polaków do gry niekoniecznie by zapobiegło – Polska mogła po wojnie w ogóle nie powstać, a “próżnia polityczna” – ulec zapełnieniu w inny sposób. Taki sam zarzut należy postawić sugestiom, jakoby sanacyjny rząd Polski mógł uratować państwowość, przystępując do antyradzieckiego sojuszu z III Rzeszą. Alians taki nie wchodził w grę również z powodów czysto zdroworozsądkowych (Hitler nigdy nie dotrzymywał umów ze słabszymi kontrahentami) oraz moralnych (prowadziłby, raczej wcześniej, niż później, do wydania na rzeź całej ludności Rzeczypospolitej pochodzenia żydowskiego).
Na uznanie zasługuje za to dostrzeżenie – jakże często pomijanej dziś milczeniem – zbieżności zasadniczych celów wojennych Polski i ZSRR po 22 czerwca 1941 r. Konkluzji “trudno powiedzieć, by Polska przegrała tę wojnę” nie sposób odmówić racji.
II. Gdyby nie Stalin…
Wątek granic doczekał się rozwinięcia w drugim z artykułów. Sam tytuł może podziałać na wielu jak płachta na byka. Autor dobitnie wykazuje jednak, że przy określaniu terytorialnego zasięgu powojennej Polski rola radzieckiego dyktatora była kluczowa i w ostatecznym rachunku bardzo dla naszego kraju korzystna.
Utratę Kresów Wschodnich z nawiązką wynagrodziło przyłączenie nieporównanie cenniejszych obszarów na zachodzie i północy. Mażewski nie ulega tu propagandzie PRL, czego dowodem choćby zastosowane słownictwo (wejście w posiadanie Wrocławia i Szczecina nazywa właśnie “przyłączeniem”, nie zaś “odzyskaniem”). Podkreśla, iż celem Stalina było trwałe uzależnienie Polski od ZSRR poprzez zasianie stałego antagonizmu między nią a Niemcami. Radziecka dominacja należy dziś jednak do przeszłości – a zysk w postaci optymalnych granic okazał się niepodważalny.
Autor podkreśla zasługi polityków, którzy postawili na kompromis ze Związkiem Radzieckim (Władysław Gomułka, Stanisław Mikołajczyk) oraz żołnierzy I Armii Wojska Polskiego. Bez nich realizacja – i to w poszerzonym zakresie! – zachodniego programu terytorialnego głoszonego przez rząd na wychodźstwie nie byłaby możliwa.
III. PRL w podwójnym uścisku
Tematem trzeciego eseju jest Polska Ludowa. Mażewski na wstępie wyróżnia za prof. Bronisławem Łagowskim trzy składające się na rzeczywistość lat 1945-1989 odrębne czynniki: “PRL jako narodowe państwo polskie, komunizm i proces dekomunizacji oraz dominację Związku Radzieckiego”. Już samo odrzucenie łatwizny myślowej, każącej sprowadzać te zjawiska do wspólnego miana “komuny”, jest godne odnotowania i pochwały (choć sam termin “komunizm” został użyty niewłaściwie).
Autor sprzeciwia się nazywaniu systemu politycznego PRL “totalitarnym”: istnienie niezależnego Kościoła, prywatnego rolnictwa oraz rzemiosła to nie jedyne czynniki uzasadniające stosowanie raczej terminu “autorytaryzm”. Nadaje nowe znaczenie pojęciu “dekomunizacji”: opadanie “fali komunizmu” zaczęło się, jego zdaniem, w 1954 r. (wywołany ucieczką Józefa Światły “częściowy demontaż” UB), zakończyło zaś w 1988 r. (ustawy Mieczysława Wilczka o swobodzie działalności gospodarczej). Z kolei wyswobodzenie z opisanej w poprzednim szkicu “geopolitycznej pułapki Stalina” uznaje za zasługę prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego oraz Władysława Gomułki. “List biskupów polskich do niemieckich” oraz układ graniczny z 7 grudnia 1970 r. były krokami decydującymi o normalizacji stosunków z RFN i tym samym – uniezależnieniu posiadania Ziem Zachodnich od podległości ZSRR.
Także ten artykuł zawiera jednak tezy co najmniej przesadzone. Za takie uważam pomniejszanie roli “Solidarności” oraz (zwłaszcza) obrad Okrągłego Stołu. Zgadzam się z krytyczną oceną polityki pierwszej “S”, mierzi mnie chór pochlebców wyolbrzymiających jej zasługi, ale nie oszukujmy się – jakiś udział w uwolnieniu Polski z “podwójnego uścisku” związek jednak miał. Autor zaprzecza też własnym wnioskom ze szkicu nr 1, pisząc: “Polacy nie wygrali II wojny światowej, ale nasza przegrana mogła być jeszcze większa”.
Razi wreszcie przesadą twierdzenie o rzekomo zagrażającej nam niemieckiej dominacji, choć sam wyprowadzony z niego postulat sojuszu z USA trudno uznać za niesłuszny.
IV-IX
Naprawdę gorąco robi się przy czwartym z serii artykułów. Na warsztat trafia ni mniej, ni więcej, tylko “idea IV RP” u samych swoich początków, czyli w pierwszej połowie roku 2003. Niewiele zapowiadało, czym owa luźna jeszcze koncepcja okaże się w praktyce i jak podzieli scenę polityczną. Jeszcze przed ośmioma laty można było – jak wynika z artykułu – zaliczać Pawła Śpiewaka, Zdzisława Krasnodębskiego i Jarosława Kaczyńskiego do jednego obozu politycznego, zwanego przez autora “demoliberalną oligarchią” (sic!) i kierowanego – głosi wzmianka w innym miejscu – przez Adama Michnika (sic!!!).
Piąty szkic – najsłabiej powiązany z lejtmotywem całości – traktuje o marksizmie. Analizując go jako ideologię i system filozoficzny, Mażewski wykrywa tkwiącą w jego teorii wewnętrzną sprzeczność (utopia komunistyczna jako najwyższe stadium rozwoju ludzkości jest nie do pogodzenia z materializmem historycznym). Oczywista jest poza tym nieprzystawalność paradygmatu walki klas do współczesnej rzeczywistości. Odpowiedź na tytułowe pytanie “Marks is dead?” jest zatem twierdząca. Jednak nie cały dorobek marksizmu nadaje się do odrzucenia: niektóre drugorzędne elementy marksowskiej filozofii w złagodzonej wersji są do dziś powszechnie akceptowane w naukach społecznych i humanistycznych.
Najwięcej chyba zastrzeżeń budzi treść szóstego eseju – przeglądu gospodarczej historii Polski od 1918 r. do czasów dzisiejszych. Ogólnie pesymistyczne wnioski wypływają tu z dość dowolnego snucia analogii między krajami tak różnymi, jak gierkowska Polska, współczesne Chiny czy USA w latach Wielkiego Kryzysu. Autor chyba niedostatecznie uwzględnia przemiany, jakim uległa światowa ekonomika w ciągu ostatnich 80 lat. Także różnica między gospodarką rynkową, nawet z dużym zakresem interwencji państwa, a systemem nakazowo-rozdzielczym wydaje się zbyt słabo zaznaczona. Rezultatem jest przypisanie wyłącznej odpowiedzialności za szok transformacyjny z początku lat 90. ówczesnej ekipie z Leszkiem Balcerowiczem na czele. Tymczasem duża część winy obciąża kolejne ekipy PZPR, których dziełem była wadliwa zastana w 1989 r. struktura gospodarki (co nawet w ramach odgórnie narzuconego Polsce realnego socjalizmu było chyba w dużej mierze do uniknięcia).
Działalność Instytutu Pamięci Narodowej stała się tematem siódmego tekstu. Choć w czasie powstania artykułu (druga połowa 2004 r.) upolitycznienie owej instytucji ani się równało z dzisiejszym, Mażewski trafnie demaskuje główne jej zadanie jako “uczestnictwo w walce na froncie ideologicznym” – narzucaniu “solidarnościowej”, czarno-białej wizji najnowszej historii Polski. Działalność ta ma służyć legitymizacji obecności stronnictw solidarnościowych – zarówno tych pozostających u władzy, jak i dopiero aspirujących do jej zdobycia – w życiu publicznym. Z tą konstatacją wypadnie się zgodzić. Zastrzeżenia budzi natomiast uznanie dla postawy nostalgii za PRL – nieraz wynikającej wcale, wbrew zdaniu autora, nie z rozważnej analizy faktów, lecz z przyjmowania wizji także czarno-białej, tyle, że inaczej ukierunkowanej.
Pretekstem do głosu na temat przyszłości Polski jest opisana w ósmym artykule deklaracja programowa Jana Rokity, uważanego w styczniu 2005 r. za pewnego kandydata na stanowisko premiera. Z uznaniem wypowiadając się o projekcie likwidacji dualizmu władzy wykonawczej (m. in. odebranie prezydentowi prawa wetowania ustaw), Mażewski krytykuje m. in. koncepcję zacieśnienia integracji europejskiej. Domaga się przekazania rządowi kompetencji Rady Polityki Pieniężnej oraz – co szokuje – wzywa do stosowania “polityki prezydenta Władimira Putina” wobec środowisk biznesowych. Paradoksem jest, że zwolennicy PiS, tak wrogo nastawieni do wszystkiego, co rosyjskie, temu akurat postulatowi zapewne by przyklasnęli.
Ostatni szkic traktuje o stosunkach z Rosją, przy czym – jak w każdym z wyżej omówionych – twierdzeniom słusznym (np. o instrumentalnym traktowaniu zbrodni katyńskiej) towarzyszą co najmniej dyskusyjne (jakoby spór polsko-rosyjski wynikał z rzekomej chęci powrotu Polski do jagiellońskiej pozycji mocarstwowej).
Głos biesiadnika
“To nie kucharz jest panem uczty, a biesiadnik” – pisze Mażewski we wstępie. Jak zatem oceniam kunszt kulinarny “patriotycznego realisty”?
Składające się na “Najlepsze Państwo” dania zaskakują kombinacjami składników rzadko spotykanymi w publicystyce. Znajdziemy w nich i uznanie dla dorobku “władzy ludowej”, i przywiązanie do katolicyzmu, wyczujemy (spotykaną przeważnie na skrajnej prawicy) pogardę dla liberalnej demokracji z lekką nutą tęsknoty do silnego przywództwa o nieokreślonej barwie. Emocje zostały całkowicie wyparte przez polityczny pragmatyzm (w czym można, zależnie od osobistego smaku, dostrzegać wadę lub zaletę).
Stałym motywem artykułów Mażewskiego jest przekonanie o nadrzędności interesów geopolitycznych państwa wobec panującego w nim aktualnie ustroju czy oficjalnej ideologii. Takie spojrzenie jest bardzo bliskie i mnie. Ustroje przemijają, interesy są stałe: przykładem imperium Romanowów i ZSRR, przykładem Francja burbońska i republikańska, no i wreszcie – Polska międzywojenna oraz (pseudo)socjalistyczna. Nawet ograniczenia narzucone tej ostatniej przez hegemona pokrywały się z obiektywnie rozumianą racją stanu, z którą dzierżenie obszarów zamieszkanych przez ludność jawnie Polakom wrogą (Wołyń, Wileńszczyzna…) było nie do pogodzenia.
Główna teza – uznanie Polski Ludowej za państwo lepsze nie tylko od poprzedniczki, ale i od następczyni – nie wydaje się dostatecznie uargumentowana. Jednak – mimo wszystkich, częściowo wyżej opisanych, zastrzeżeń – nie waham się rekomendować degustacji. Przeczytajcie choćby po to, by wiedzieć, że i takie spojrzenie na Polskę jest możliwe. Oraz – znów nawiążę na koniec do tekstu sprzed dwóch lat – że historyczne menu do papki medialno-IPNowskiej się nie ogranicza.
Roman Czubiński