Mam marzenie

2019/05/22

Czytam Polski Kodeks Honorowy kpt. Władysława Boziewicza. Nie pierwszy raz. I nie pierwszy raz nachodzi mnie myśl, że dobrze by się stało, gdyby pewna zawarta w nim zasada weszła w powszechne użycie.

Nie, oczywiście nie mam na myśli przywilejów przyznanych (prawem kaduka) osobom pochodzenia szlacheckiego. Ani wyłączenia homoseksualistów ze społeczności ludzi honorowych. Ani podziału długów na „honorowe” i nie. Ani nawet samych pojedynków, które dziś – niezależnie od rodzaju broni – byłyby już chyba całkowitym przeżytkiem.

Zasada, o której myślę, to ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO.

W rzeczywistości, która mi się marzy – po przyjęciu tej zasady przez ogół – konsekwencje dla kłamców i znieważających działałyby bezwarunkowo, z siłą grawitacji. Widzę to tak: merytorycznie głosić swoje poglądy i krytykować cudze możesz, ile wlezie. Ale: fałszywie oskarżyłeś? Rzuciłeś insynuację, a potem się wyparłeś? Porównałeś – dajmy na to – strajkujących nauczycieli do Wehrmachtu? Nie ma zmiłuj. Na ulicy, w pracy, w Sejmie – jeśli już się tam wcześniej dostałeś – jesteś trędowatym. Na listy wyborcze nie weźmie cię nawet lokalny komitet do rady sołeckiej. I tak zresztą, skoro ludzie znają już twój postępek, złamanego głosu byś nie dostał. O jakichkolwiek występach w mediach zapomnij. Takoż i o kierowniczych stanowiskach, wszelkich zaszczytach, nagrodach, zaproszeniach na uroczystości etc. No i – rzecz jasna – o eksponowanym miejscu w kościele, o ile praktykujesz.

Zasada ta musiałaby, oczywiście, być przestrzegana powszechnie i bez wyjątków. Co z góry przesądza o tym, że moje marzenie jest marzeniem ściętej głowy. Ale pomyślcie, jak bardzo wzrosłoby zaufanie do dziennikarzy, reżyserów czy polityków wszystkich stron! Jak podniosłaby się jakość dyskusji! O ileż lepiej żyłoby się wśród samych prawdziwych informacji!

A że w pewnych środowiskach, osobliwie na prawicy, raptownie zmalałaby liczba obecnych w przestrzeni publicznej tzw. znanych twarzy (i awatarów)?

No cóż: kto powiedział, że honor nic nie kosztuje…?

Reklamy

Empatia

2019/01/31

Trochę na marginesie afery z odstrzałem dzików (wyjaśnionej tutaj w sposób chyba ostateczny), a trochę z przerażenia wydarzeniami ostatniego miesiąca…

Wyznacznikiem bycia fajnym, cool, jazzy, trendy, flashy i jak tam się to jeszcze nazywa jest od jakiegoś czasu manifestowanie bezduszności. Im mocniej – chłopcze, dziewczynko – pokazujesz, jak głęboko gdzieś masz wrażliwość innych (szczególnie tych słabszych lub tradycyjnie pogardzanych), im nachalniej demonstrujesz cynizm i brak empatii wobec ich cierpienia, im gorliwiej wyszydzasz tych, którzy usiłują pomagać – tym więcej punktów do respektu na dzielni, tej w realu czy na fejsie.

Bezduszność, cynizm, brak współczucia. Cechy, które kiedyś wstydliwie ukrywano, dziś ich posiadacze z dumą obnoszą. Ci, którym ich brak, w trosce o wizerunek „byczego chłopa” (lub „wporzo babki”) usiłują tworzyć ich pozory. Chcę wierzyć, że jest takich udawaczy więcej, niż mi się wydaje.

Jak to bywa z wieloma głupimi modami – choć jej przejawy widać w różnych środowiskach, najchętniej ulega im prawica. Stąd nienawistne wypowiedzi o „dziwolągach” takich jak Anna Grodzka, których jedyną winą jest odmienność. Stąd memy ze zdjęciem bramy Auschwitz i podpisem „Polska gotowa na przyjęcie uchodźców”. Stąd rytuał, jakim dla niejednego stało się coroczne wrzucanie obrazka z hasłem „NIE DAJĘ OWSIAKOWI„… wpisanym w kształt serca obróconego (jakże wymownie) tak, by przypominało kształtem pośladki.

(Uprzedzę niektóre komentarze: tak, koszulki z napisem – przykład pierwszy z brzegu – „NIE PŁAKAŁEM PO PAPIEŻU” uważam za przykład tego samego zjawiska. Ale to nie głosiciele tego hasła nadają dziś w Polsce ton.)

Wszystko to było i trwa. W ostatnich tygodniach hejt skierowany przeciw ludziom zszedł jednak jakby na dalszy plan. Najmodniejszym obiektem pogardy stały się za to, dość niespodziewanie… zwierzęta.

Wiele już słyszałem mądrych inaczej wypowiedzi przeciwko ochronie przyrody… Ale ta erupcja kpin z ludzi, którzy usiłują w jakikolwiek sposób ulżyć cierpieniu innych żywych istot, zaskoczyła nawet mnie. Prawicowe fanpejdże jakby się umówiły na jakiś groteskowy wyścig: kto bezwzględniej? Kto z większym sadystycznym zadowoleniem? Kto prymitywniej i bardziej żenująco?

Arcytrafnie porównał to ktoś do przechwałek chłopaczków w podstawówce czy wczesnym gimnazjum, licytujących się na długość przyrodzenia. „Patrzcie na mnie! Nie obchodzą mnie karpie, niech tam zdychają w reklamówkach! WOW! Czekaj, ze mnie lepszy kozak. Mnie kitem na agrafce zwisają też psy, jak sobie strzelam w Sylwestra! O jaaa, naprawdę?! Suuuper! Ech, frajerzy. Ja se walnę na profilowe nakładkę NIE STRZELAM KARPIAMI W DZIKI, ŻEBY NIE PŁOSZYĆ PSÓW! Ooo, jaka beka z lewactwa! Stary, ty to dopiero jesteś twardziel!!! Prawie taki, jak ci, co pierdzą przy sikaniu.”

Chciałem na koniec – za klasykiem, który pewnie by tego nie chciał – postawić pytanie: jest gdzieś granica tej błazenady? Ale obawiam się, że po niedawnej zbrodni w Gdańsku – i słabo, a czasem wcale nie skrywanej radości, jaką wzbudziła w przeciwnikach zamordowanego prezydenta i wrogach WOŚP – stawiać go już nie trzeba. Wystarczy czekać i obserwować.

Roman Czubiński


Dopalacze a sprawa polska

2018/07/17

Jedna z pierwszych audycji, jakie wydawałem w ŻAKu, była poświęcona dopalaczom (wówczas, latem 2010 r., jeszcze legalnym). Spędziłem wtedy sporo czasu, czytając fora miłośników tej trucizny.

To, co mnie tam uderzyło – to zupełnie postawione na głowie widzenie świata. Handlarzy używkami, od których wielu z zażywających miało ciężko chorować, a niektórzy – umrzeć, opisywano jako dobroczyńców. Każdy, kto chciał ratować ofiary tego procederu – policjant, pracownik Sanepidu czy terapeuta – był oczywiście przedstawiany jako wróg.

Tak mi się właśnie przypomniało. Zupełnie nie wiem, czemu.

dopalacze

Roman Czubiński


Sądny dzień

2018/07/05

W normalnych czasach kłócilibyśmy się jak cholera. O aborcję. O rolę państwa w gospodarce. O religię. O historię. O sport. O sprawy osobiste. O setki innych rzeczy.

Ale dziś – pod budynkami Sądów i pod siedzibami partii, która odbiera im niezawisłość – protestujemy ramię w ramię. Bo jeśli PiSowcom uda się doprowadzić swój plan do końca, to następną kłótnię możemy odbyć pod celą. On z PO, ona z Nowoczesnej, ktoś ze Strajku Kobiet, ja z KOD… i Ty znikąd. Skazani przez tak samo dyspozycyjnych sędziów, w tak samo ustawionych procesach, być może nawet po takich samych torturach w śledztwie.

Dziś to jeszcze bardziej aktualne, niż rok temu, gdy pisałem te słowa na Facebooku. Jeśli potrzebujesz wyjaśnienia, dlaczego PiSowskie „reformy” są dla Ciebie zagrożeniem – przeczytaj raport ekspertów. Jeśli interesuje Cię przede wszystkim wpływ obecnych wydarzeń na gospodarkę – zobacz, na jakie niebezpieczeństwa zwracają uwagę przedsiębiorcy. Jeśli zdajesz sobie sprawę, że kiedyś i Ty możesz stanąć przed sądem – spójrz na poniższą grafikę.

Sądy

Mało Ci jeszcze argumentów za tym, że Sąd Najwyższy powinien być niezależny od polityków? To sprawdź w Konstytucji, kto stwierdza ważność lub nieważność wyborów.

Ale przede wszystkim idź na protest. Dziś! Jutro może być za późno.

Roman Czubiński


93. Waligórski – Kogo lubię

2018/05/25

Lubię, gdy piosenkarka, com ją znał w bieliźnie
i com poznał głupotę jej, godną barana,
zaśpiewa coś o bliźnie, albo o Ojczyźnie,
a ludzie mówią o niej: – Zaangażowana!

Uwielbiam, kiedy aktor, bywalec burdeli
(zwanych też „kawiarniami” lub „klubami” czasem),
wykona repertuar o tych, co ginęli,
i potem jest niezwykle chwalony przez prasę.

Kocham też żurnalistę, co nam daje rady,
jak żyć – a równocześnie przy pomocy lupy
ogląda personalne trendy i układy,
by wiedzieć, komu warto wcisnąć się do grupy.

Podziwiam naukowca niezbyt lotnej myśli,
który jednym numerem od wielu lat jedzie:
wszyscy wiedzą, że facet prochu nie wymyśli,
ale że „w razie czego” również nie zawiedzie…

Szanuję decydentów, co porozkładali
dziesiątki instytucji na obie łopatki,
Lecz mocą jakiejś dziwnej, samobójczej fali
wracają, i w fotele znów wtykają zadki.

Bliski mi jest polityk, który w nosie dłubie,
i działacz robotniczy, co nie kocha pracy
— aż dziwne, jak ich lubię…
A najbardziej lubię,
gdy mi mówią, że wszyscyśmy bracia-Polacy!


Najlepszy. Lekcja życia

2018/05/10

Jerzy Górski (ur. 1954) – sportowiec, były przestępca, zwycięzca morderczych zawodów triathlonowych Iron Man, narkoman, który pokonał nałóg. O takich życiorysach mówi się często: „gotowy scenariusz na film”. Albo na chałę – żałosną, nawet jeśli opartą na faktach. Jak jest w tym przypadku?

W mojej ocenie twórcy zdecydowanie stanęli na wysokości zadania. Dość długi (blisko dwugodzinny) obraz – choć jest raczej „opowieścią na motywach” rzeczywistych wydarzeń, niż ścisłą biografią – sugestywnie i wiarygodnie przedstawia drogę Górskiego od upodlenia przez uzdrowienie do życiowego szczytu.

Unika przy tym fałszywych uproszczeń. Nie zabrakło, na przykład, zaznaczenia kontrowersji związanych ze słynnymi MONARowskimi metodami terapii: rygory, które w przypadku Jurka okazały się skuteczne, jedną z postaci epizodycznych pchnęły do samobójstwa. Wątek rodzinnego domu Górskiego, choć potraktowany oszczędnie, daje wyobrażenie zarówno o przekleństwie, jak i błogosławieństwie – obydwu wynikających z wychowania, które otrzymał. Niejednoznacznie przedstawiono też motyw miłości: ta potraktowana odpowiedzialnie przyniosła wspaniałe owoce – tymczasem wcześniejsza, bezkrytyczna i nieprzepuszczona przez rozum, doprowadziła do zguby pierwszą dziewczynę głównego bohatera, omal nie czyniąc tego z nim samym oraz ich córką.

Górski ze wszystkiego wyszedł jednak zwycięsko. Niemal powstał z grobu, co dobitnie pokazuje wstrząsająca scena na pogrzebie kumpla. Jak?

Ludzie wierzący (jak sam bohater) powiedzą, że dzięki pomocy Bożej. „To dowód ogromnej siły ludzkiego charakteru, umysłu i woli” – odpowiedzą ludzie niewierzący. Ja spytam: a dlaczego uznawać, że oba wyjaśnienia się wykluczają?

Krytyka przyjęła film niejednogłośnie. Obok pochwał i nagród pojawiają się zarzuty „hollywoodzkości”, spłycenia postaci czy braków w scenografii. Nie zamierzam się z nimi spierać. Mam też jednak własne racje: wolę historie motywujące, podnoszące widza na duchu, zakończone szczęśliwie nawet kosztem ich wartości artystycznej. Nie wiem, czy świadczy to o dobrym guście, i w gruncie rzeczy mało się tym przejmuję.

Ważny dla mnie jest jednak jeszcze jeden aspekt. Twórcy filmu zabrali – być może nieświadomie – głos w dyskusji o tym, czym właściwie była PRL. „Najlepszy” nie jest dla niej laurką, jednak doprawdy w żadnym momencie nie przypomina też opowieści z życia obozu koncentracyjnego.

Lata 1978-1990, w których toczy się akcja, aż kipią od doniosłych wydarzeń historycznych. Wybór Jana Pawła II, strajki lipca i sierpnia 1980 r., karnawał „Solidarności”, stan wojenny, Okrągły Stół, rozpad bloku wschodniego, wybory – wolne najpierw częściowo, potem już całkowicie… Mimo że coraz mniej, jako zbiorowość (zwłaszcza jej młodsza część), o tych faktach wiemy, coraz mocniej dajemy upust związanym z nimi emocjom. (No, może „mimo że” nie jest tu najlepszym spójnikiem.)

Twórcy filmu tymczasem pokazują ówczesną Polskę jako miejsce, w którym życie codzienne toczy się… mniej więcej normalnie. Przypominają, że mnóstwa bardzo ważnych wydarzeń i procesów po prostu nie da się wepchnąć w schemat walki Złego Zomowca z Pałą przeciw Dobremu Związkowcowi z Gałązką Oliwną. W świecie „Najlepszego” skakanie po radiowozach i lżenie milicji nie daje patentu na słuszność, a popadający w konflikt z ówczesną władzą nie stają poprzez sam ten fakt po jasnej stronie.

Z drugiej strony – także milicjant nie jest automatycznie bestią w mundurze. Funkcjonariusze MO w osobie ojca Grażyny są przedstawieni jako zwyczajni ludzie – z lepszym lub gorszym skutkiem wykonujący obowiązki, zatroskani o byt rodziny, doświadczający osobistych tragedii. Świat „Najlepszego” to wreszcie świat, w którym Polacy – lekarze, terapeuci (świetnie zagrane postaci Marka Kotańskiego i jego współpracowników), działacze społeczni, a i sami milicjanci – mogą w granicach wyznaczonych przez autorytarny system robić mnóstwo dobrego. Oczywiście raczej mimo owego systemu, niż dzięki niemu.

„Najlepszy” jest więc wartościową opowieścią o nadrabianiu straconego czasu, wznoszeniu się ponad własne klęski i spełnianiu marzeń. A już niezależnie od całego, tak streszczonego przesłania… zwyczajnie wciąga. Może też zachęcić niejednego do lektury wspomnień głównego bohatera, które ukazały się niedawno w formie książkowej pod tym samym tytułem.

Roman Czubiński


Nie idź tą drogą

2018/05/04

Słuszny zamiar walki ze złem – np. z mową nienawiści – przy nadmiarze gorliwości zamienia się łatwo w karykaturę.

Pewien mój znajomy, istny wulkan prawicowej elokwencji, uznał kiedyś za konieczne ogłosić całemu światu listę tego, czego NIE POPIERA, NIE CZYTA, NIE OGLĄDA i w ogóle NIE NIE NIE. Jeśli spytacie, czy był na owej liście Komitet Obrony Demokracji, Gazeta Wyborcza, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy oraz Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego… nie potwierdzę ani nie zaprzeczę. Dokonawszy owego dzieła, mój znajomy rozpłynął się w zachwycie nad własną odwagą i zaczął oczekiwać na wieniec męczennika, a już co najmniej na zesłanego przez prześladowców na Prawdziwego Patriotę bana…

…tyle że teraz – jeśli nowy regulamin Facebooka (z sankcjami za użycie m. in. zwrotu „nie lubię”!) zostanie utrzymany – jest spora szansa, że faktycznie go zbanują. (Tak, wiem: ma to dotyczyć tylko deklaracji „nielubienia” grup etnicznych, religijnych, imigrantów etc. – ale zbyt wiele słyszałem o przypadkach pomyłek, by brać to zastrzeżenie poważnie.) I dostanie, w oczach swoich i sobie podobnych, ten cholerny wieniec – zamiast tego, co mu się należy naprawdę, tj. wzruszenia ramionami i zdrowego prychnięcia. Marku Zuckerbergu, nie idź tą drogą.

Roman Czubiński