Dopalacze a sprawa polska

2018/07/17

Jedna z pierwszych audycji, jakie wydawałem w ŻAKu, była poświęcona dopalaczom (wówczas, latem 2010 r., jeszcze legalnym). Spędziłem wtedy sporo czasu, czytając fora miłośników tej trucizny.

To, co mnie tam uderzyło – to zupełnie postawione na głowie widzenie świata. Handlarzy używkami, od których wielu z zażywających miało ciężko chorować, a niektórzy – umrzeć, opisywano jako dobroczyńców. Każdy, kto chciał ratować ofiary tego procederu – policjant, pracownik Sanepidu czy terapeuta – był oczywiście przedstawiany jako wróg.

Tak mi się właśnie przypomniało. Zupełnie nie wiem, czemu.

dopalacze

Roman Czubiński

Reklamy

Sądny dzień

2018/07/05

W normalnych czasach kłócilibyśmy się jak cholera. O aborcję. O rolę państwa w gospodarce. O religię. O historię. O sport. O sprawy osobiste. O setki innych rzeczy.

Ale dziś – pod budynkami Sądów i pod siedzibami partii, która odbiera im niezawisłość – protestujemy ramię w ramię. Bo jeśli PiSowcom uda się doprowadzić swój plan do końca, to następną kłótnię możemy odbyć pod celą. On z PO, ona z Nowoczesnej, ktoś ze Strajku Kobiet, ja z KOD… i Ty znikąd. Skazani przez tak samo dyspozycyjnych sędziów, w tak samo ustawionych procesach, być może nawet po takich samych torturach w śledztwie.

Dziś to jeszcze bardziej aktualne, niż rok temu, gdy pisałem te słowa na Facebooku. Jeśli potrzebujesz wyjaśnienia, dlaczego PiSowskie „reformy” są dla Ciebie zagrożeniem – przeczytaj raport ekspertów. Jeśli interesuje Cię przede wszystkim wpływ obecnych wydarzeń na gospodarkę – zobacz, na jakie niebezpieczeństwa zwracają uwagę przedsiębiorcy. Jeśli zdajesz sobie sprawę, że kiedyś i Ty możesz stanąć przed sądem – spójrz na poniższą grafikę.

Sądy

Mało Ci jeszcze argumentów za tym, że Sąd Najwyższy powinien być niezależny od polityków? To sprawdź w Konstytucji, kto stwierdza ważność lub nieważność wyborów.

Ale przede wszystkim idź na protest. Dziś! Jutro może być za późno.

Roman Czubiński


93. Waligórski – Kogo lubię

2018/05/25

Lubię, gdy piosenkarka, com ją znał w bieliźnie
i com poznał głupotę jej, godną barana,
zaśpiewa coś o bliźnie, albo o Ojczyźnie,
a ludzie mówią o niej: – Zaangażowana!

Uwielbiam, kiedy aktor, bywalec burdeli
(zwanych też „kawiarniami” lub „klubami” czasem),
wykona repertuar o tych, co ginęli,
i potem jest niezwykle chwalony przez prasę.

Kocham też żurnalistę, co nam daje rady,
jak żyć – a równocześnie przy pomocy lupy
ogląda personalne trendy i układy,
by wiedzieć, komu warto wcisnąć się do grupy.

Podziwiam naukowca niezbyt lotnej myśli,
który jednym numerem od wielu lat jedzie:
wszyscy wiedzą, że facet prochu nie wymyśli,
ale że „w razie czego” również nie zawiedzie…

Szanuję decydentów, co porozkładali
dziesiątki instytucji na obie łopatki,
Lecz mocą jakiejś dziwnej, samobójczej fali
wracają, i w fotele znów wtykają zadki.

Bliski mi jest polityk, który w nosie dłubie,
i działacz robotniczy, co nie kocha pracy
— aż dziwne, jak ich lubię…
A najbardziej lubię,
gdy mi mówią, że wszyscyśmy bracia-Polacy!


Najlepszy. Lekcja życia

2018/05/10

Jerzy Górski (ur. 1954) – sportowiec, były przestępca, zwycięzca morderczych zawodów triathlonowych Iron Man, narkoman, który pokonał nałóg. O takich życiorysach mówi się często: „gotowy scenariusz na film”. Albo na chałę – żałosną, nawet jeśli opartą na faktach. Jak jest w tym przypadku?

W mojej ocenie twórcy zdecydowanie stanęli na wysokości zadania. Dość długi (blisko dwugodzinny) obraz – choć jest raczej „opowieścią na motywach” rzeczywistych wydarzeń, niż ścisłą biografią – sugestywnie i wiarygodnie przedstawia drogę Górskiego od upodlenia przez uzdrowienie do życiowego szczytu.

Unika przy tym fałszywych uproszczeń. Nie zabrakło, na przykład, zaznaczenia kontrowersji związanych ze słynnymi MONARowskimi metodami terapii: rygory, które w przypadku Jurka okazały się skuteczne, jedną z postaci epizodycznych pchnęły do samobójstwa. Wątek rodzinnego domu Górskiego, choć potraktowany oszczędnie, daje wyobrażenie zarówno o przekleństwie, jak i błogosławieństwie – obydwu wynikających z wychowania, które otrzymał. Niejednoznacznie przedstawiono też motyw miłości: ta potraktowana odpowiedzialnie przyniosła wspaniałe owoce – tymczasem wcześniejsza, bezkrytyczna i nieprzepuszczona przez rozum, doprowadziła do zguby pierwszą dziewczynę głównego bohatera, omal nie czyniąc tego z nim samym oraz ich córką.

Górski ze wszystkiego wyszedł jednak zwycięsko. Niemal powstał z grobu, co dobitnie pokazuje wstrząsająca scena na pogrzebie kumpla. Jak?

Ludzie wierzący (jak sam bohater) powiedzą, że dzięki pomocy Bożej. „To dowód ogromnej siły ludzkiego charakteru, umysłu i woli” – odpowiedzą ludzie niewierzący. Ja spytam: a dlaczego uznawać, że oba wyjaśnienia się wykluczają?

Krytyka przyjęła film niejednogłośnie. Obok pochwał i nagród pojawiają się zarzuty „hollywoodzkości”, spłycenia postaci czy braków w scenografii. Nie zamierzam się z nimi spierać. Mam też jednak własne racje: wolę historie motywujące, podnoszące widza na duchu, zakończone szczęśliwie nawet kosztem ich wartości artystycznej. Nie wiem, czy świadczy to o dobrym guście, i w gruncie rzeczy mało się tym przejmuję.

Ważny dla mnie jest jednak jeszcze jeden aspekt. Twórcy filmu zabrali – być może nieświadomie – głos w dyskusji o tym, czym właściwie była PRL. „Najlepszy” nie jest dla niej laurką, jednak doprawdy w żadnym momencie nie przypomina też opowieści z życia obozu koncentracyjnego.

Lata 1978-1990, w których toczy się akcja, aż kipią od doniosłych wydarzeń historycznych. Wybór Jana Pawła II, strajki lipca i sierpnia 1980 r., karnawał „Solidarności”, stan wojenny, Okrągły Stół, rozpad bloku wschodniego, wybory – wolne najpierw częściowo, potem już całkowicie… Mimo że coraz mniej, jako zbiorowość (zwłaszcza jej młodsza część), o tych faktach wiemy, coraz mocniej dajemy upust związanym z nimi emocjom. (No, może „mimo że” nie jest tu najlepszym spójnikiem.)

Twórcy filmu tymczasem pokazują ówczesną Polskę jako miejsce, w którym życie codzienne toczy się… mniej więcej normalnie. Przypominają, że mnóstwa bardzo ważnych wydarzeń i procesów po prostu nie da się wepchnąć w schemat walki Złego Zomowca z Pałą przeciw Dobremu Związkowcowi z Gałązką Oliwną. W świecie „Najlepszego” skakanie po radiowozach i lżenie milicji nie daje patentu na słuszność, a popadający w konflikt z ówczesną władzą nie stają poprzez sam ten fakt po jasnej stronie.

Z drugiej strony – także milicjant nie jest automatycznie bestią w mundurze. Funkcjonariusze MO w osobie ojca Grażyny są przedstawieni jako zwyczajni ludzie – z lepszym lub gorszym skutkiem wykonujący obowiązki, zatroskani o byt rodziny, doświadczający osobistych tragedii. Świat „Najlepszego” to wreszcie świat, w którym Polacy – lekarze, terapeuci (świetnie zagrane postaci Marka Kotańskiego i jego współpracowników), działacze społeczni, a i sami milicjanci – mogą w granicach wyznaczonych przez autorytarny system robić mnóstwo dobrego. Oczywiście raczej mimo owego systemu, niż dzięki niemu.

„Najlepszy” jest więc wartościową opowieścią o nadrabianiu straconego czasu, wznoszeniu się ponad własne klęski i spełnianiu marzeń. A już niezależnie od całego, tak streszczonego przesłania… zwyczajnie wciąga. Może też zachęcić niejednego do lektury wspomnień głównego bohatera, które ukazały się niedawno w formie książkowej pod tym samym tytułem.

Roman Czubiński


Nie idź tą drogą

2018/05/04

Słuszny zamiar walki ze złem – np. z mową nienawiści – przy nadmiarze gorliwości zamienia się łatwo w karykaturę.

Pewien mój znajomy, istny wulkan prawicowej elokwencji, uznał kiedyś za konieczne ogłosić całemu światu listę tego, czego NIE POPIERA, NIE CZYTA, NIE OGLĄDA i w ogóle NIE NIE NIE. Jeśli spytacie, czy był na owej liście Komitet Obrony Demokracji, Gazeta Wyborcza, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy oraz Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego… nie potwierdzę ani nie zaprzeczę. Dokonawszy owego dzieła, mój znajomy rozpłynął się w zachwycie nad własną odwagą i zaczął oczekiwać na wieniec męczennika, a już co najmniej na zesłanego przez prześladowców na Prawdziwego Patriotę bana…

…tyle że teraz – jeśli nowy regulamin Facebooka (z sankcjami za użycie m. in. zwrotu „nie lubię”!) zostanie utrzymany – jest spora szansa, że faktycznie go zbanują. (Tak, wiem: ma to dotyczyć tylko deklaracji „nielubienia” grup etnicznych, religijnych, imigrantów etc. – ale zbyt wiele słyszałem o przypadkach pomyłek, by brać to zastrzeżenie poważnie.) I dostanie, w oczach swoich i sobie podobnych, ten cholerny wieniec – zamiast tego, co mu się należy naprawdę, tj. wzruszenia ramionami i zdrowego prychnięcia. Marku Zuckerbergu, nie idź tą drogą.

Roman Czubiński


92. Młynarski – O tych, co się za pewnie poczuli

2018/03/16

Myślę, że wśród wszystkich rzeczy, które chciał nam przekazać Mistrz Młynarski, ta jest jedną z najważniejszych.

Nie wiem, co więcej mógłbym napisać. Może tylko tyle, że smutek mnie ogarnął, gdy we wrześniu ubiegłego roku Gaba Kulka podczas koncertu zamiast „może zamienić…” zaśpiewała „już zamieniło”.

* * *

Wirują, wirują tysiące szprych
w kole Fortuny Matuli
— ta balladka jest o tych,
co się za pewnie poczuli.

Raz jeden gość w karty grał
— w brydża, pokera czy wista
— i układ wspaniały miał,
lecz kart dość mocno nie ściskał.
Wtem światło – trach! – zgasił ktoś,
karcięta z rąk mu wyrwano…
Do dzisiaj pechowy gość
wspomina szansę przegraną!

Bo
wirują, wirują tysiące szprych
w kole Fortuny Matuli
— ta balladka jest o tych,
co się za pewnie poczuli.
I, choć wspaniały był start
— nim koniec uwieńczy dzieło,
może zamienić się w marny żart,
co się tak pięknie zaczęło,
co się tak pięknie zaczęło…

Kierując w niełatwy czas
na przykład autem czy krajem,
zapinaj pas, szanuj gaz,
gdy stromej drogi gnasz skrajem!
Uważaj na śliski łuk
i nie poświstuj w euforii,
gdy auto mknie w szosy łuk,
gdy kraj wchodzi w zakręt historii…

Bo
wirują, wirują tysiące szprych…

Więc kiedy grają co świt
ambicje twe niespożyte,
gdy idziesz na górski szczyt
— zrób sobie obóz pod szczytem,
tam przemyśl kolejny plan
…a teraz schodzę ci z oczu,
bym w tej balladce i ja
też się za pewnie nie poczuł!

Bo
wirują, wirują tysiące szprych…

 


Gra Wyklętymi

2018/03/05

Pewien popularny profil na Facebooku, którego nazwy nie wypada pisać bez błędu ortograficznego, uczcił poprzedni Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych manifestem o „dwóch Polskach: Wyklętych i Baumana”. Wypowiedź ta, jako ewidentne głupstwo, nie zasługiwałaby na komentarz – gdyby nie to, że naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL i na współczesność coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Nazwisko wielkiego Uczonego miało, w zamyśle autora przez bardzo malutkie „a”, być oczywiście symbolem „komuny” i wszystkiego, co w niej najgorsze. Życiorysu prof. Baumana nie sposób sprowadzać do popełnionych w młodości błędów; zostawmy to jednak na boku. Rozprawmy się z zero-jedynkową wizją „albo Wyklęci, albo Komuna” w sposób najprostszy z możliwych: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.

W alternatywie „albo Wyklęci, albo Komuna” nie mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się da, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów, współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP.

Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi, by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia, dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (też zresztą, nota bene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom.

Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPRowskiego betonu, a według niektórych stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność. Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej. O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów. No i o tym, że także do samej PZPR przez cały okres jej istnienia i z różnych pobudek należało wielu ludzi przyzwoitych i niezaprzeczalnych patriotów. I o wielu jeszcze ludziach i faktach.

Ale Profilowi-Którego-Nazwy-Nie-Wypada-Pisać, nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi? O to, by w internetowej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Kukiza i ONR pały z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”. By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej subtelnie podsuwany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że KOD i Obywatele RP to w prostej linii spadkobiercy SB, ORMO, ZOMO, NKWD oraz CzeKa (zapomniałem o Securitate, AVH i Stasi), a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł zaorać niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

Roman Czubiński