Szopka

2021/02/14

Dawno nie pisałem tu niczego tak osobiście. No dobrze: w ogóle nic tu dawno nie pisałem. Do dzieła zatem.

W czeluściach YouTube, gdzieś między Chewbaccą nucącym „Cichą Noc” a filmikami z driftów Nysą, znalazłem otóż nagranie szopki noworocznej TVP, podsumowującej rok 2003. Jako koneser staroci wszelakich nie mogłem odmówić sobie jej… przypomnienia. Tak, tak: właśnie tym – ku nieopisanemu zgorszeniu ówczesnych kolegów – zabawiał się w noc sylwestrową, z własnej woli i z przyjemnością, czternastoletni Roman 🙂

Jakie nasunęły mi się wnioski?

Przede wszystkim: kondycja mediów publicznych zaliczyła od tamtego czasu spektakularny skok w czarną dziurę.

Większość programu z 2003 r. to walenie w rządzący wówczas SLD jak w bęben. Inteligentnie, na poziomie (nazwiska twórców zobowiązują!) – ale bezpośrednio i boleśnie. Musiałem sprawdzić daty, bo nie dawałem wiary własnej pamięci: szopkę nagrano i wyemitowano, gdy prezesem TVP był Robert Kwiatkowski, blisko związany z SLD i tej właśnie partii zawdzięczający posadę. W czasach telewizji Jacka Kurskiego takie wspomnienia wydają się baśnią o Złotym Wieku pluralizmu i obiektywności.

Co tam zresztą telewizja! Przypomnienie sobie tego, czym żyła wtedy Polska, ówczesnych afer i ich konsekwencji, prowadzi do stwierdzenia, że standardy życia publicznego przed kilkunastoma laty – słusznie, w wielu przypadkach, krytykowane – w porównaniu z dzisiejszymi robią wrażenie kosmicznie wysokich.

Podejrzenia związane m. in. z aferą Rywina, brewerie ministra Łapińskiego (nawet mimo wyrzucenia go „prawie w biegu” z partii), źle oceniana działalność MEN i wreszcie (w dużym stopniu odziedziczona po poprzednikach) nieudolność wielu struktur państwa spowodowały w ciągu niecałych trzech lat upadek rządu Millera, a nieco później – klęskę wyborczą SLD i przejęcie władzy przez prawicę. Ile rządów upadło z powodu „deformy” minister Zalewskiej i jej następców? Z powodu klęski przygotowań (lub wręcz braku przygotowań) do drugiej fali pandemii COVID-19? Kto przypłacił karierą afery związane z KNF, „dwiema wieżami” Kaczyńskiego czy nie-wyborami Sasina? Kto przestał być ministrem za zatrudnianie płatnych hejterów w resorcie SPRAWIEDLIWOŚCI? Kto siedzi w więzieniu za nielegalne przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i zamach na niezawisłość sądów powszechnych? Cha, cha. Bardzo śmieszne.

A postaci uznawane powszechnie za nadzieję polskiej polityki AD 2003? No cóż: po latach to raczej ci, którzy nie wiązali z nimi nadmiernych nadziei, mają powody do dumy.

Błyskotliwy „z jego własnej zwłaszcza perspektywy” Rokita, ograny przez PiS w rozmowach o niedoszłej koalicji, a przez Tuska w rozgrywkach wewnątrz PO, na dobre zniknął z polityki wkrótce po wywołanej przez siebie burdzie w samolocie Lufthansy. Później wypływał co jakiś czas za sprawą wypowiedzi broniących PiSowskiej „silnej ręki”, a ostatnio – jako egzotyczny kandydat na rzecznika praw obywatelskich.

Szeryf Ziobro, wraz z ówczesną (potraktowaną w szopce dość marginalnie) wierchuszką PiS, z każdym dniem u władzy oddala Polskę od standardów zachodnich demokracji w zakresie praworządności, przejrzystości życia publicznego i ochrony praw obywatela, a nawet – co pokazały choćby żądania veta w sprawie budżetu UE – od Zachodu w ogóle. Głoszone w 2003 r. i później hasła „odnowy moralnej” po rządach „skorumpowanych postkomunistów” mogą budzić dziś najwyżej śmiech. Prezydent Kwaśniewski, premier Miller czy minister Cimoszewicz (przy wszystkich zastrzeżeniach) wydają się na tle panów R. i Z. państwowcami i mężami stanu światowego formatu. Przyjemnie – choć gorzka to satysfakcja – przekonać się, że wiele własnych ówczesnych intuicji „pod prąd” było jednak trafnych.

Zostawmy jednak na chwilę kwestie personalne. Warto zwrócić uwagę na to, jak wiele poglądów dominujących w dyskursie publicznym około roku 2003 z biegiem lat się zmieniło. Lub – w każdym razie – zmieniać się zaczyna.

Weźmy, bliskie mi zawodowo i hobbystycznie, sprawy transportu. Twórcy programu (jak wielu w owym czasie) chłostali ministra infrastruktury Marka Pola za pomysł opłat za przejazd drogami krajowymi. Dziś, gdy rośnie świadomość ekologiczna, a o zewnętrznych kosztach transportu mówi się coraz głośniej, winiety nie wydają się już tak złym rozwiązaniem. Mało tego: po latach politycy (wszystkich stron) i komentatorzy dojrzewają chyba do wniosku, że oparcie krajowego systemu transportowego głównie o drogi było ślepą uliczką. O tym, jak silna była to tendencja, może świadczyć, że temat kolei – której stan wołał wówczas o pomstę jeszcze głośniej, niż dróg – nie pojawił się w szopce wcale, zupełnie jakby znak równości „transport = samochód” był dla jej twórców aksjomatem.

Sądom dostało się od satyryków za przewlekłość postępowań. Dziś z nostalgią można wspominać czasy, w których to ona była największym problemem związanym z wymiarem sprawiedliwości. Coraz częściej kwestionowane jest też – przebijające z wymowy szopki – ortodoksyjnie liberalne spojrzenie na gospodarkę (jak najniższe podatki, jak najmniej świadczeń socjalnych, jak najmniej państwowych regulacji, jak najtańsze instytucje). Popularność zyskuje wręcz pogląd, że właśnie wychodząca z takich założeń polityka była ważnym czynnikiem torującym drogę do władzy PiS. (Co zabawne, po latach prawicowy Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uznał rząd Millera za najlepszy dla gospodarki po 1989 roku.) Łatwo jednak wytykać innym błędy z perspektywy czasu. Trudniej się zastanowić: w czym dziś mylimy się my?

Pouczające może być też przyjrzenie się temu, kogo w szopce… nie ma w ogóle. A nie ma Kościoła Katolickiego i jego duchownych.

Choć było już po pierwszych szeroko nagłośnionych przypadkach przestępstw seksualnych, choć Radio Maryja głosiło mniej więcej to, co dziś, choć ówczesny (i dzisiejszy) system finansowania choćby lekcji religii z pieniędzy publicznych trudno uznać za uczciwy – autorzy programu nie uznali za konieczne odnieść się do tych problemów. O ile pamiętam, w ogóle rzadko poruszano je wtedy poza tożsamościowymi – jak powiedzielibyśmy dziś – mediami lewicy (sposób, w jaki ujmowano tam tematykę kościelną, to zupełnie inna sprawa). Również dla satyry, przynajmniej tej wyższych lotów, dominujący w Polsce Kościół wydawał się nietykalny.

Niestety, tego rodzaju nieformalny immunitet – jak uczy doświadczenie – szkodzi na dłuższą metę wszystkim, także i samemu jego posiadaczowi. Sprzeczne z Ewangelią patologie, nie piętnowane, rozwijały się tym silniej. Bieg historii, suma działań (również tych zasługujących na pochwałę) i zaniechań hierarchii katolickiej, a także zjawiska niezależne od niej, sprawiły jednak, że – parafrazując tylekroć wspomnianego tu Millera – Kościół Katolicki był na ten szczególny rodzaj uprzywilejowania skazany. Na naszych oczach zaczyna dziś odsiadkę. Będzie długa i bolesna.

Aż prosiłoby się tu o jakąś mocną pointę. Ale… Może lepiej po prostu obejrzyjcie szopkę sami.

Roman Czubiński


Barwy Ochronne

2020/01/13

Przebaczenie? Tak, ono jest najważniejsze.

Moralność? Też się liczy.

Kultura, wychowanie? Na pewno i one odegrały jakąś rolę.

Ale jestem chrześcijaninem także dlatego, że podoba mi się chrześcijańska wizja przyszłości. Przyszłości, w której Autorytet najwyższy i doskonale odporny na wszelkie próby manipulacji czy przekupstwa, skołowania lub zastraszenia, nie przejmując się ziemskimi konwenansami ani układzikami towarzyskimi, po imieniu nazwie każdą podłość. I każdą próbę jej maskowania.

Sumienie nie będzie kulą u nogi i nikt nie będzie go musiał modyfikować. Nikt nie będzie też pytał, czym jest sprawiedliwość (bo sprawiedliwość po prostu będzie) ani zastanawiał się, czym byłoby życie bez kłamstwa (bo kłamstwo zniknie). Przyzwoitość przestanie być frajerstwem, a dobra pamięć – wadą. A demagodzy, dla których mówienie o draństwie jest grzechem większym niż samo draństwo – zamilkną w końcu ze wstydu.

Ta wizja daje nadzieję. Sam do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebną.

Tyle ode mnie. Resztę niech powie Zanussi.

 


Ustawa o KRS do zmiany. Co to znaczy?

2019/11/20

Bardzo dobra wiadomość.

Wbrew temu, co twierdzi wielu (z prawa i z lewa), hasło „Wolne Sądy” nie oznacza obrony każdego sędziego (bo niektórzy z nich łamią prawo – ale są legalne sposoby walki z tym zjawiskiem). Nie oznacza też ślepego zgadzania się z każdym wydanym przez nich wyrokiem (bo zdarzają się nadużycia czy zwyczajne błędy – ale są możliwości naprawiania ich w kolejnych instancjach). A już na pewno nie oznacza uznania sądowych procedur administracyjnych i tempa rozstrzygania spraw za doskonałe.

Protesty pod hasłem „Wolne Sądy” to po prostu sprzeciw wobec podległości sędziów politykom. To domaganie się, by przy wydawaniu wyroków liczyło się prawo (jako duch i litera), a nie naciski tego czy innego kacyka władzy.

Bo sędzia sterowany ręcznie (kijem lub marchewką) nie będzie orzekał bardziej sprawiedliwie ani wydawał wyroków szybciej. Ba, nawet za to, że nie ukradnie w sklepie kiełbasy za 6,90 zł, nie dałbym głowy. Taki sędzia będzie po prostu ulegał naciskom członków PiS (a w przyszłości – dowolnej innej partii):

  • na te dowody przymknij oko
  • tych świadków nie bierz pod uwagę
  • tę babkę trochę zgnoiliśmy w areszcie, ale – rozumiesz! – nikt ma się o tym nie dowiedzieć
  • z tym typem mamy kosę, będzie nam bardzo miło, jak przymkniesz go w pudle na parę lat…

Nie odpuszczajmy nacisku na władze w obronie niezawisłości sądów, domagajmy się wprowadzenia w życie wyroku TSUE, edukujmy społeczeństwo i przygotowujmy własne projekty naprawy tego, co w sądownictwie rzeczywiście jej wymaga.

Zwyciężymy.


94. Kofta – Ballada biblijna

2019/09/30

Wieloryb był wielki
i gębę miał wielką,
co żarła, parskała i pluła,
ku chwale bebechów
ryczała piosenki
– na resztę zaś była totalnie nieczuła

Póki wieloryb nie zeżarł Jonasza,
był wesolutki i pewny siebie…
A teraz? Wszystko go przestrasza,
bo co ma w środku?! Nie wie. Nie wie!

Bo skąd mógł przewidzieć,
że zagryzł prorokiem?
Gdy Jonasz się wewnątrz rozgościł,
to zaczął rozmyślać
wśród mroków głębokich
nad dosyć istotnym problemem wolności.

Bo jak nie będziesz myśleć, Jonasz,
to w wielorybim brzuchu skonasz!
Nie wszystko można po prostu zjeść:
zjeść można formę, trudniej – treść,
ale najtrudniej – idee.

Nie wszystko można po prostu zżuć:
zżuć można gumę, kotlet, gwóźdź,
lecz niejadalne są nadzieje.
Z nadzieją można wiele znieść:
choć ty mnie masz gdzieś,
to ja mam cię gdzieś…

I czkał wieloryb,
i nie mógł przełykać,
bo Jonasz, ideą uskrzydlon,
postawił w przełyku
mu kilka barykad
i jeszcze od środka wymyślał od bydląt!

Konwulsje ciskały
po falach kolosa,
a koniec zabawy był raczej zabawny:
wyrzygał proroka
pod jasne niebiosa…
Dialektyki pancerz miał Jonasz niestrawny.

Nie po to ballada,
by stare dziś prawdy,
że „przemoc przegrywa w obliczu idei”,
powtarzać, gdy wszyscy
znudzeni doprawdy
bo dawno wiedzieli, bo nieraz widzieli.

Śpiewałem balladę,
bo prawda popłaca,
gdy świat jest obmową zatruty,
by nikt z was nie mówił:
– Znów dzisiaj wygląda
…taki… jakiś… wypluty…


Mam marzenie

2019/05/22

Czytam Polski Kodeks Honorowy kpt. Władysława Boziewicza. Nie pierwszy raz. I nie pierwszy raz nachodzi mnie myśl, że dobrze by się stało, gdyby pewna zawarta w nim zasada weszła w powszechne użycie.

Nie, oczywiście nie mam na myśli przywilejów przyznanych (prawem kaduka) osobom pochodzenia szlacheckiego. Ani wyłączenia homoseksualistów ze społeczności ludzi honorowych. Ani podziału długów na „honorowe” i nie. Ani nawet samych pojedynków, które dziś – niezależnie od rodzaju broni – byłyby już chyba całkowitym przeżytkiem.

Zasada, o której myślę, to ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO.

W rzeczywistości, która mi się marzy – po przyjęciu tej zasady przez ogół – konsekwencje dla kłamców i znieważających działałyby bezwarunkowo, z siłą grawitacji. Widzę to tak: merytorycznie głosić swoje poglądy i krytykować cudze możesz, ile wlezie. Ale: fałszywie oskarżyłeś? Rzuciłeś insynuację, a potem się wyparłeś? Porównałeś – dajmy na to – strajkujących nauczycieli do Wehrmachtu? Nie ma zmiłuj. Na ulicy, w pracy, w Sejmie – jeśli już się tam wcześniej dostałeś – jesteś trędowatym. Na listy wyborcze nie weźmie cię nawet lokalny komitet do rady sołeckiej. I tak zresztą, skoro ludzie znają już twój postępek, złamanego głosu byś nie dostał. O jakichkolwiek występach w mediach zapomnij. Takoż i o kierowniczych stanowiskach, wszelkich zaszczytach, nagrodach, zaproszeniach na uroczystości etc. No i – rzecz jasna – o eksponowanym miejscu w kościele, o ile praktykujesz.

Zasada ta musiałaby, oczywiście, być przestrzegana powszechnie i bez wyjątków. Co z góry przesądza o tym, że moje marzenie jest marzeniem ściętej głowy. Ale pomyślcie, jak bardzo wzrosłoby zaufanie do dziennikarzy, reżyserów czy polityków wszystkich stron! Jak podniosłaby się jakość dyskusji! O ileż lepiej żyłoby się wśród samych prawdziwych informacji!

A że w pewnych środowiskach, osobliwie na prawicy, raptownie zmalałaby liczba obecnych w przestrzeni publicznej tzw. znanych twarzy (i awatarów)?

No cóż: kto powiedział, że honor nic nie kosztuje…?


Empatia

2019/01/31

Trochę na marginesie afery z odstrzałem dzików (wyjaśnionej tutaj w sposób chyba ostateczny), a trochę z przerażenia wydarzeniami ostatniego miesiąca…

Wyznacznikiem bycia fajnym, cool, jazzy, trendy, flashy i jak tam się to jeszcze nazywa jest od jakiegoś czasu manifestowanie bezduszności. Im mocniej – chłopcze, dziewczynko – pokazujesz, jak głęboko gdzieś masz wrażliwość innych (szczególnie tych słabszych lub tradycyjnie pogardzanych), im nachalniej demonstrujesz cynizm i brak empatii wobec ich cierpienia, im gorliwiej wyszydzasz tych, którzy usiłują pomagać – tym więcej punktów do respektu na dzielni, tej w realu czy na fejsie.

Bezduszność, cynizm, brak współczucia. Cechy, które kiedyś wstydliwie ukrywano, dziś ich posiadacze z dumą obnoszą. Ci, którym ich brak, w trosce o wizerunek „byczego chłopa” (lub „wporzo babki”) usiłują tworzyć ich pozory. Chcę wierzyć, że jest takich udawaczy więcej, niż mi się wydaje.

Jak to bywa z wieloma głupimi modami – choć jej przejawy widać w różnych środowiskach, najchętniej ulega im prawica. Stąd nienawistne wypowiedzi o „dziwolągach” takich jak Anna Grodzka, których jedyną winą jest odmienność. Stąd memy ze zdjęciem bramy Auschwitz i podpisem „Polska gotowa na przyjęcie uchodźców”. Stąd rytuał, jakim dla niejednego stało się coroczne wrzucanie obrazka z hasłem „NIE DAJĘ OWSIAKOWI„… wpisanym w kształt serca obróconego (jakże wymownie) tak, by przypominało kształtem pośladki.

(Uprzedzę niektóre komentarze: tak, koszulki z napisem – przykład pierwszy z brzegu – „NIE PŁAKAŁEM PO PAPIEŻU” uważam za przykład tego samego zjawiska. Ale to nie głosiciele tego hasła nadają dziś w Polsce ton.)

Wszystko to było i trwa. W ostatnich tygodniach hejt skierowany przeciw ludziom zszedł jednak jakby na dalszy plan. Najmodniejszym obiektem pogardy stały się za to, dość niespodziewanie… zwierzęta.

Wiele już słyszałem mądrych inaczej wypowiedzi przeciwko ochronie przyrody… Ale ta erupcja kpin z ludzi, którzy usiłują w jakikolwiek sposób ulżyć cierpieniu innych żywych istot, zaskoczyła nawet mnie. Prawicowe fanpejdże jakby się umówiły na jakiś groteskowy wyścig: kto bezwzględniej? Kto z większym sadystycznym zadowoleniem? Kto prymitywniej i bardziej żenująco?

Arcytrafnie porównał to ktoś do przechwałek chłopaczków w podstawówce czy wczesnym gimnazjum, licytujących się na długość przyrodzenia. „Patrzcie na mnie! Nie obchodzą mnie karpie, niech tam zdychają w reklamówkach! WOW! Czekaj, ze mnie lepszy kozak. Mnie kitem na agrafce zwisają też psy, jak sobie strzelam w Sylwestra! O jaaa, naprawdę?! Suuuper! Ech, frajerzy. Ja se walnę na profilowe nakładkę NIE STRZELAM KARPIAMI W DZIKI, ŻEBY NIE PŁOSZYĆ PSÓW! Ooo, jaka beka z lewactwa! Stary, ty to dopiero jesteś twardziel!!! Prawie taki, jak ci, co pierdzą przy sikaniu.”

Chciałem na koniec – za klasykiem, który pewnie by tego nie chciał – postawić pytanie: jest gdzieś granica tej błazenady? Ale obawiam się, że po niedawnej zbrodni w Gdańsku – i słabo, a czasem wcale nie skrywanej radości, jaką wzbudziła w przeciwnikach zamordowanego prezydenta i wrogach WOŚP – stawiać go już nie trzeba. Wystarczy czekać i obserwować.

Roman Czubiński


Dopalacze a sprawa polska

2018/07/17

Jedna z pierwszych audycji, jakie wydawałem w ŻAKu, była poświęcona dopalaczom (wówczas, latem 2010 r., jeszcze legalnym). Spędziłem wtedy sporo czasu, czytając fora miłośników tej trucizny.

To, co mnie tam uderzyło – to zupełnie postawione na głowie widzenie świata. Handlarzy używkami, od których wielu z zażywających miało ciężko chorować, a niektórzy – umrzeć, opisywano jako dobroczyńców. Każdy, kto chciał ratować ofiary tego procederu – policjant, pracownik Sanepidu czy terapeuta – był oczywiście przedstawiany jako wróg.

Tak mi się właśnie przypomniało. Zupełnie nie wiem, czemu.

dopalacze

Roman Czubiński


Sądny dzień

2018/07/05

W normalnych czasach kłócilibyśmy się jak cholera. O aborcję. O rolę państwa w gospodarce. O religię. O historię. O sport. O sprawy osobiste. O setki innych rzeczy.

Ale dziś – pod budynkami Sądów i pod siedzibami partii, która odbiera im niezawisłość – protestujemy ramię w ramię. Bo jeśli PiSowcom uda się doprowadzić swój plan do końca, to następną kłótnię możemy odbyć pod celą. On z PO, ona z Nowoczesnej, ktoś ze Strajku Kobiet, ja z KOD… i Ty znikąd. Skazani przez tak samo dyspozycyjnych sędziów, w tak samo ustawionych procesach, być może nawet po takich samych torturach w śledztwie.

Dziś to jeszcze bardziej aktualne, niż rok temu, gdy pisałem te słowa na Facebooku. Jeśli potrzebujesz wyjaśnienia, dlaczego PiSowskie „reformy” są dla Ciebie zagrożeniem – przeczytaj raport ekspertów. Jeśli interesuje Cię przede wszystkim wpływ obecnych wydarzeń na gospodarkę – zobacz, na jakie niebezpieczeństwa zwracają uwagę przedsiębiorcy. Jeśli zdajesz sobie sprawę, że kiedyś i Ty możesz stanąć przed sądem – spójrz na poniższą grafikę.

Sądy

Mało Ci jeszcze argumentów za tym, że Sąd Najwyższy powinien być niezależny od polityków? To sprawdź w Konstytucji, kto stwierdza ważność lub nieważność wyborów.

Ale przede wszystkim idź na protest. Dziś! Jutro może być za późno.

Roman Czubiński


93. Waligórski – Kogo lubię

2018/05/25

Lubię, gdy piosenkarka, com ją znał w bieliźnie
i com poznał głupotę jej, godną barana,
zaśpiewa coś o bliźnie, albo o Ojczyźnie,
a ludzie mówią o niej: – Zaangażowana!

Uwielbiam, kiedy aktor, bywalec burdeli
(zwanych też „kawiarniami” lub „klubami” czasem),
wykona repertuar o tych, co ginęli,
i potem jest niezwykle chwalony przez prasę.

Kocham też żurnalistę, co nam daje rady,
jak żyć – a równocześnie przy pomocy lupy
ogląda personalne trendy i układy,
by wiedzieć, komu warto wcisnąć się do grupy.

Podziwiam naukowca niezbyt lotnej myśli,
który jednym numerem od wielu lat jedzie:
wszyscy wiedzą, że facet prochu nie wymyśli,
ale że „w razie czego” również nie zawiedzie…

Szanuję decydentów, co porozkładali
dziesiątki instytucji na obie łopatki,
Lecz mocą jakiejś dziwnej, samobójczej fali
wracają, i w fotele znów wtykają zadki.

Bliski mi jest polityk, który w nosie dłubie,
i działacz robotniczy, co nie kocha pracy
— aż dziwne, jak ich lubię…
A najbardziej lubię,
gdy mi mówią, że wszyscyśmy bracia-Polacy!


Najlepszy. Lekcja życia

2018/05/10

Jerzy Górski (ur. 1954) – sportowiec, były przestępca, zwycięzca morderczych zawodów triathlonowych Iron Man, narkoman, który pokonał nałóg. O takich życiorysach mówi się często: „gotowy scenariusz na film”. Albo na chałę – żałosną, nawet jeśli opartą na faktach. Jak jest w tym przypadku?

W mojej ocenie twórcy zdecydowanie stanęli na wysokości zadania. Dość długi (blisko dwugodzinny) obraz – choć jest raczej „opowieścią na motywach” rzeczywistych wydarzeń, niż ścisłą biografią – sugestywnie i wiarygodnie przedstawia drogę Górskiego od upodlenia przez uzdrowienie do życiowego szczytu.

Unika przy tym fałszywych uproszczeń. Nie zabrakło, na przykład, zaznaczenia kontrowersji związanych ze słynnymi MONARowskimi metodami terapii: rygory, które w przypadku Jurka okazały się skuteczne, jedną z postaci epizodycznych pchnęły do samobójstwa. Wątek rodzinnego domu Górskiego, choć potraktowany oszczędnie, daje wyobrażenie zarówno o przekleństwie, jak i błogosławieństwie – obydwu wynikających z wychowania, które otrzymał. Niejednoznacznie przedstawiono też motyw miłości: ta potraktowana odpowiedzialnie przyniosła wspaniałe owoce – tymczasem wcześniejsza, bezkrytyczna i nieprzepuszczona przez rozum, doprowadziła do zguby pierwszą dziewczynę głównego bohatera, omal nie czyniąc tego z nim samym oraz ich córką.

Górski ze wszystkiego wyszedł jednak zwycięsko. Niemal powstał z grobu, co dobitnie pokazuje wstrząsająca scena na pogrzebie kumpla. Jak?

Ludzie wierzący (jak sam bohater) powiedzą, że dzięki pomocy Bożej. „To dowód ogromnej siły ludzkiego charakteru, umysłu i woli” – odpowiedzą ludzie niewierzący. Ja spytam: a dlaczego uznawać, że oba wyjaśnienia się wykluczają?

Krytyka przyjęła film niejednogłośnie. Obok pochwał i nagród pojawiają się zarzuty „hollywoodzkości”, spłycenia postaci czy braków w scenografii. Nie zamierzam się z nimi spierać. Mam też jednak własne racje: wolę historie motywujące, podnoszące widza na duchu, zakończone szczęśliwie nawet kosztem ich wartości artystycznej. Nie wiem, czy świadczy to o dobrym guście, i w gruncie rzeczy mało się tym przejmuję.

Ważny dla mnie jest jednak jeszcze jeden aspekt. Twórcy filmu zabrali – być może nieświadomie – głos w dyskusji o tym, czym właściwie była PRL. „Najlepszy” nie jest dla niej laurką, jednak doprawdy w żadnym momencie nie przypomina też opowieści z życia obozu koncentracyjnego.

Lata 1978-1990, w których toczy się akcja, aż kipią od doniosłych wydarzeń historycznych. Wybór Jana Pawła II, strajki lipca i sierpnia 1980 r., karnawał „Solidarności”, stan wojenny, Okrągły Stół, rozpad bloku wschodniego, wybory – wolne najpierw częściowo, potem już całkowicie… Mimo że coraz mniej, jako zbiorowość (zwłaszcza jej młodsza część), o tych faktach wiemy, coraz mocniej dajemy upust związanym z nimi emocjom. (No, może „mimo że” nie jest tu najlepszym spójnikiem.)

Twórcy filmu tymczasem pokazują ówczesną Polskę jako miejsce, w którym życie codzienne toczy się… mniej więcej normalnie. Przypominają, że mnóstwa bardzo ważnych wydarzeń i procesów po prostu nie da się wepchnąć w schemat walki Złego Zomowca z Pałą przeciw Dobremu Związkowcowi z Gałązką Oliwną. W świecie „Najlepszego” skakanie po radiowozach i lżenie milicji nie daje patentu na słuszność, a popadający w konflikt z ówczesną władzą nie stają poprzez sam ten fakt po jasnej stronie.

Z drugiej strony – także milicjant nie jest automatycznie bestią w mundurze. Funkcjonariusze MO w osobie ojca Grażyny są przedstawieni jako zwyczajni ludzie – z lepszym lub gorszym skutkiem wykonujący obowiązki, zatroskani o byt rodziny, doświadczający osobistych tragedii. Świat „Najlepszego” to wreszcie świat, w którym Polacy – lekarze, terapeuci (świetnie zagrane postaci Marka Kotańskiego i jego współpracowników), działacze społeczni, a i sami milicjanci – mogą w granicach wyznaczonych przez autorytarny system robić mnóstwo dobrego. Oczywiście raczej mimo owego systemu, niż dzięki niemu.

„Najlepszy” jest więc wartościową opowieścią o nadrabianiu straconego czasu, wznoszeniu się ponad własne klęski i spełnianiu marzeń. A już niezależnie od całego, tak streszczonego przesłania… zwyczajnie wciąga. Może też zachęcić niejednego do lektury wspomnień głównego bohatera, które ukazały się niedawno w formie książkowej pod tym samym tytułem.

Roman Czubiński