W czepku urodzony

2017/06/15

Bez końca można by psioczyć na zakłamywanie historii, dewaluację patriotyzmu, fasadowość chrześcijaństwa i inne elementy „coraz bardziej nas otaczającej rzeczywistości” ((C) Kazimierz Rudzki) polityczno-społeczno-wyznaniowej. Ja dopiero niedawno dostrzegłem płynącą z niej dla mnie wielką, niezaprzeczalną korzyść. Dzięki niej uświadomiłem sobie otóż, jak ogromne miałem w życiu szczęście.

Moim szczęściem było to, że ludzie, z którymi stykałem się od najmłodszych lat – w domu, kościele i najbliższym otoczeniu – byli dla mnie wspaniałą wizytówką chrześcijaństwa. Miałem szczęście, że w parafii, do której należę, kolejny już ksiądz zadaje człowiekowi w potrzebie pytanie „jak mogę pomóc„, a nie „ile przyniosłeś„. Że można do owego księdza zwyczajnie przyjść, porozmawiać i nie zgodzić się bez żadnych przykrych konsekwencji. Że na lekcjach religii byłem odpytywany z Dekalogu, nie z „Resortowych Dzieci„. Że choć jako wolontariusz zjeździłem na studiach pół Polski, w żadnym z kościołów nie słyszałem, by kaznodzieja pozwolił sobie podczas nabożeństwa na najmniejszą aluzję polityczną.

Miałem szczęście, że wszelkie odmiany nacjonalizmu i rasizmu były mi przedstawiane zgodnie z prawdą – to znaczy jako od początku do końca antychrześcijańskie i godne potępienia. Że chrześcijanie, w otoczeniu których dorastałem, traktowali wyznawców judaizmu niemal jak swoich, a w Dzięgielowie (to taki – w uproszczeniu – odpowiednik Lednicy) warsztaty tańca żydowskiego czy koncerty muzyki hebrajskiej były czymś równie naturalnym, jak śniadanie przed porannym śpiewem. Że liderzy młodzieżowi, z którymi się zetknąłem, byli w najgorszym razie straszliwymi nudziarzami, ale nigdy – sekciarskim betonem. Że katolicy z mojego otoczenia nie byli pogrobowcami Inkwizycji, a protestanci nie powtarzali bredni o Watykanie jako „nierządnicy babilońskiej„. Że w ogóle ludzie prawdziwie wierzący, których spotkałem, byli – niezależnie od wyznania i mimo wszystkich wad – zwyczajnie po ludzku życzliwi, ciepli i otwarci.

A przecież mogłem – jak bardzo wielu Polaków – mieć zupełnie przeciwne doświadczenia. Mogłem trafić na proboszcza antysemitę, wikarego dyktującego z ambony, na którą partię głosować, i na spowiednika, który czytanie „Gazety Wyborczej” uważa za grzech, ale np. wyrzucenia psa na ulicę – nie. Lekcje religii mógł prowadzić ze mną katecheta wymyślający uczniom od debili, każący nakłuwać ręce szpilkami albo taki, którego nie obchodzi nic poza listą obecności. Wśród wiernych – albo „wiernych” – mogłem napotkać hipokrytów zdradzających małżonków, dewotów, którym bałwochwalcze zapatrzenie w tego czy innego duchownego wyłączyło rozum, lub troglodytów obrzucających gejów kamieniami. Mogłem dorastać w przekonaniu, że „prawdziwie chrześcijańską” cnotą żony, dzieci i obywateli jest brak własnej woli i wazeliniarstwo wobec silniejszego.

Kim byłbym i co bym robił dzisiaj, gdyby moje wyobrażenie o chrześcijaństwie ukształtowało właśnie takie otoczenie?

Może obrzydziłaby mnie ta duchota na tyle, że uciekłbym od niej gdzie pieprz rośnie. Paradowałbym po mieście w koszulce „rzuć granat na tacę„, wiedzę o świecie czerpałbym głównie z „Faktów i mitów” lub podobnego szmatławca, w wolnych chwilach wrzucałbym na Facebooka obrazki z hasłami o „watykańskiej sekcie pedofilów„, a jeśli brałbym udział w jakichkolwiek ceremoniach religijnych, to najwyżej neopogańskich. Gdybym jakimś cudem zachował przy tym odrobinę aspiracji intelektualnych, doznawałbym ekstazy przy lekturze Hazelharda, dowodzącego, że to w Biblii należy szukać korzeni Holokaustu (PS. TO PRAWDA!!! – Abraham).

Ale równie dobrze mogłem zostać i przesiąknąć ową duchotą do spodu. W takim wypadku moje kompleksy, deficyty i ogólną frustrację skrywałaby bluza z napisem np. „Śmierć wrogom Ojczyzny” do kompletu z krzyżykiem na łańcuchu. Szczerze i gorliwie nienawidziłbym każdego bliźniego odmiennego od siebie pod względem koloru skóry, narodowości, wyznania czy poglądów politycznych. W życiu osobistym marzyłbym o potulnej, bezmyślnej żonie i dzieciach, których nie będę musiał zbyt często bić. Czy wspomniałem, że domagałbym się zakazu rozwodów, aby Polska była bardziej katolicka? Zamiast Biblii czytałbym „Gazetę Polską” (codziennie). I kto wie – może nawet stałbym się bywalcem marszów ONR, gdzie skandowałbym „BÓG – HONOR – OJCZYZNA!!!” na przemian z „J***Ć ARABA!!!” (rzecz jasna, nie dostrzegałbym w tym zestawie najmniejszej sprzeczności).

I tu, i tam byłbym równie daleko od rozumu, od przyzwoitości i od prawdziwego chrześcijaństwa. Jasne – to, że tak się nie stało, ma również pewne wady. Rzadko, na przykład, jest mi dany komfort bycia w większości. Chrzanię ten komfort. W oczach co zajadlejszych antyklerykałów jestem fanatykiem religijnym, podczas gdy fani Podłej Zmiany zaliczają mnie do wrogów Kościoła. Ale wiecie co? To też chrzanię.

Miałem gigantyczne szczęście. Szkoda, że tak wielu moim rodakom nie jest ono dane.

Roman Czubiński

Reklamy

PiSowska logika w 11 prostych krokach

2017/06/11

1. Bądź Jarosławem Kaczyńskim.
2. Rób z prokuratorów i sędziów marionetki władzy wykonawczej, jak w PRL.
3. Toleruj bestialskie zachowania funkcjonariuszy policji, jak w PRL.
4. Bezkarnie pomawiaj opozycję o najgorsze zbrodnie, jak w PRL.
5. Szczuj propagandowo przeciwko Zachodowi, jak w PRL.
6. Ograniczaj swobodę obrotu ziemią, jak w PRL.
7. Dąż do ręcznego sterowania życiem kulturalnym, jak w PRL.
8. Ideologizuj oświatę, jak w PRL.
9. Obsadzaj wszelkie możliwe stołki partyjnymi miernotami, jak w PRL.
10. Stawiaj znak równości między interesem Narodu i grupy rządzącej, jak w… czasach rządów sanacji, rzecz jasna, a co myśleliście? 😉
11. Mów, że to „ci, którzy są naszymi przeciwnikami, chcą Polski, która się cofnie do PRL!!!”.

opracował:

Roman Czubiński


O, tego mi zamknijcie w pudle na 5 lat!

2017/04/02

Tak właśnie będzie wkrótce mógł, być może, rozkazać sędziom jeden czy drugi członek partii akurat rządzącej (wszystko jedno, której). Nie chcecie tego? Też bym nie chciał. Dlatego przyłączyłem się do kampanii, o której mowa pod tym linkiem. Załączam treść listu, który wysłałem do posłów PiS – może i Was do czegoś zainspiruje?

„Szanowny Panie Pośle! Szanowna Pani Posłanko!

Popierany przez Pana/Panią rząd zamierza podporządkować Sejmowi i prezydentowi Krajową Radę Sądownictwa – instytucję m. in. powołującą nowych sędziów oraz rzecznika dyscyplinarnego. Jest oczywiste, że takie rozwiązanie otwiera drogę do nielegalnych nacisków na sędziów, w skrajnych przypadkach – do wydawania wyroków na zlecenie polityczne. W związku z tym polecam Panu/Pani zastanowienie się nad następującymi kwestiami:

– czy ma Pan/Pani absolutną pewność, że PiS, Solidarna Polska i Polska Razem zawsze pozostaną monolitem?

– czy może Pan/Pani uważać za pewne, że Zbigniew Ziobro i inni politycy, którym zmiany w KRS dadzą potężne narzędzia do łamania niezawisłości sądów, nigdy nie wykorzysta ich przeciw Panu/Pani lub Pana/Pani Bliskim?

– jeśli na dwa poprzednie pytania odpowiedział(a) Pan/Pani twierdząco – czy naprawdę uważa Pan/Pani, że obecny układ rządzący będzie trwał wiecznie?

Z poważaniem,”

Roman Czubiński


90. Młynarski – Smutne Miasteczko

2017/03/21

Wozy z lat 80., z których pochodzi tekst, w końcu pojechały. Pojadą i te dzisiejsze – a ruszą tym szybciej, im więcej będzie nas, świadomych obywateli. Szkoda tylko, że Autor tego nie doczekał.

***

Raz państewko mi się przyśniło
otoczone górami wkoło,
co od innych tym się różniło,
że w nim strasznie było wesoło.

Żarty brzmiały na każdym kroku,
żartowali duzi i mali…
Ludzie wcale nie mieli boków,
bo ze śmiechu je pozrywali!

Aż szef państwa rzekł do ministrów,
co tych żartów słuchali bladzi:
Szkodliwemu temu zjawisku
jakoś, wiecie, trzeba zaradzić!

Do państewka tego stolicy,
co leżała nad krętą rzeczką,
sprowadzono więc zza granicy
Objazdowe Smutne Miasteczko.

Karuzela się nie kręciła,
a mechanik na pryszcze chory
ludziom w uszy wciskał na siłę
swój jedynie słuszny życiorys.

Dostrzec można było tam bubka
w oprychówie i ocieplaczu,
co zachwalał widzom przeróbkę
beczki śmiechu na beczkę płaczu.

Śmiech istotnie przygasł w narodzie,
a radosna ministrów rada
zakrzyknęła: – O to nam chodzi!
Ta koncepcja nam odpowiada!

A widz pewien pod płaczu beczką
do sąsiada szepnął: – Sąsiedzie,
to jest tylko smutne miasteczko,
ono sobie kiedyś pojedzie…

Lecz znał, widać, życie za mało
albo patrzył na świat za prosto,
bo miasteczko nie pojechało,
lecz zostało – i się rozrosło!

Rozpaczliwi nieudacznicy
i cynicy o wrednych pyskach
na miasteczka głównej ulicy
otwierali swoje stoiska.

Starcy wstrętni i niewyżyci
i przygłupy z mózgu chlupotem
w tym miasteczku, w pełnym zachwycie,
zabierali się do roboty

i od stoczni do ciemnych sztolni
śpiew chóralny dzień rozpoczynał:
Dalej, głupki! Naprzód, niezdolni!
Przyszła nasza piękna godzina!!!

I Miasteczko rosło i rosło,
i Miasteczko większe wciąż było,
przyjechało zimą, a wiosną
kraj calutki sobą pokryło,

aż śmiech całkiem zamarł w narodzie,
a radosna ministrów rada
powtarzała: „O to nam chodzi!
Ta koncepcja nam odpowiada!

A kto zdrowy rozsądek cenił,
ten ponury przeżywał dramat…
Tylko jeden widz się nie zmienił
i nie zwątpił, i się nie złamał,

i do dzisiaj pod płaczu beczką
wciąż powtarza: – Nie, nie… Sąsiedzie,
to jest tylko smutne miasteczko,
ono sobie kiedyś pojedzie!

I nie mylił się facet miły:
pierwsze wozy jakby ruszyły?…

I niemało już odjechało,
ale drugie tyle zostało…


Bęc

2016/12/24

Ochota, pracowitość, twórczy zapał, determinacja i niewątpliwy talent, z jakimi Podła Zmiana psuje nam Polskę, wpędziła mnie w końcu w jakieś zobojętnienie. Jasne, chodziłem na protesty, dyskutowałem, wspierałem KOD i resztę opozycji, na ile mogłem – ale na prowadzenie bloga w ostatnich miesiącach nie miałem po prostu siły. Za dużo bodźców. Po co pisać coś większego niż krótkie statusy na FB, skoro zanim skończę jedną notkę, pojawiają się tematy na 10 nowych?

Dlatego z publicystycznego reagowania na kolejne idiotyzmy i draństwa przestawiłem się na ich bierne rejestrowanie. O, agenturalny smrodek wokół ministra obrony. O, wycinają Puszczę. O, gnoją niezawisłe sądy. O, czyszczą prokuraturę z niepokornych. O, dyplomacją kieruje typ, który z tymi manierami nie przeszedłby selekcji na ciecia w akademiku. O, nawet ja mógłbym być teraz w radzie nadzorczej wszystko-jedno-czego, gdybym tylko wstąpił parę lat temu do młodzieżówki PiS. O, napisali w pięć minut coś, co ma być szkolną podstawą programową (z nauką skandowania zamiast funkcji liniowych). O, a teraz dla odmiany pastwią się nad nieboszczykami… Przy grubszych rozróbach – choćby ostatnio, gdy PiS z Kukizem uchwalili sobie budżet przy wielokrotnym złamaniu prawa – robiłem tylko trochę większe „O” i świat toczył się dalej.

Aż tu nagle, jak podały Wirtualne Media

” W najbliższą niedzielę TVP3 Warszawa pokaże ostatni odcinek programu satyrycznego „Studio YaYo”, tworzonego i prowadzonego przez Pawła Dłużewskiego i Ryszarda Makowskiego. (…) – Powodem są finanse – powiedział Wirtualnemedia.pl Marek Kuliński, sekretarz programowy stacji.”

Wiadomość wydaje mi się symboliczna z dwóch powodów. Aby wyjaśnić pierwszy z nich, opowiem najpierw, w jaki sposób rzeczony „program satyryczny” odebrała pewna mądra Osoba, której zdanie ogromnie cenię nawet wtedy, gdy się z nim nie zgadzam. „Ale oni tego nie robią poważnie, prawda? To jakaś opozycyjna satyra na sytuację w TVP…” – stwierdził ze śmiertelną powagą mój Autorytet po zapoznaniu się z losowo wybranym odcinkiem.

Bo czyż władza, o której mowa – z jej programem, praktyką działania, wreszcie kadrami – to nie doskonała parodia wartości, którymi sama wypchała sobie gębę? Czy niszczenie „prawem i lewem” Trybunału Konstytucyjnego (a więc de facto unieważnienie Konstytucji) to nie kapitalne szyderstwo ze Sprawiedliwości, a już zwłaszcza z Prawa? Czy prowokowanie konfliktów z najważniejszymi sojusznikami Polski w imię partyjnego interesiku, czy rozsadzanie Unii Europejskiej od środka nie jest kpiną z troski o polską rację stanu? A co powiecie o obelgach, fałszywych oskarżeniach, a czasem i pogróżkach pod adresem opozycji – który wróg chrześcijaństwa w równie morderczy sposób ośmieszyłby przykazanie miłości bliźniego (że o paru innych nie wspomnę)? Yaycarzy mamy u władzy pierwszorzędnych… Zaraz, że co? Że oni to wszystko serio?!

Drugi – to podany przez TVP powód usunięcia owego arcydzieła. Nie miażdżące recenzje ekspertów, nie poziom wykonawczy (powiedzieć „artystyczny” to jak nazwać gazetkę porno traktatem filozoficznym), nie lizodupstwo przebijające sufit skali Pietrzaka czy innego Rosiewicza, a już na pewno nie wstyd z powodu obecności czegoś takiego w Mediach Publicznych Najjaśniejszej RP. Kasa, kasa, kasa, a właściwie jej brak – to jedyne, co mogło skłonić szefów tego cyrku do wyrzucenia zbuka („ZbOOkA„?) tam, gdzie jego miejsce.

Obawiam się, że z rządami PiS, tym Studiem YaYo w skali makro, będzie tak samo. Dopóki nie braknie im kasy na dalsze rozdawnictwo – Suweren nie powie „dość” wystarczająco głośno i stanowczo, by zatrzymać obłęd. Ten moment, prędzej czy później, nadejdzie; będą spadać, aż miło (jak z drzewa wiśnie, bęc). Tylko Polski szkoda, bo do tego czasu spieprzą jeszcze bardzo wiele.

Mimo wszystko – Wesołych Świąt.

Roman Czubiński


13 grudnia. Pamiętamy

2016/12/13

W odróżnieniu od płk. Adama Mazguły mam szczęście nie podlegać służbowo „ludziom bez honoru”. Mogę więc bez obaw i we własnym tylko imieniu napisać, co myślę o dzisiejszej rocznicy. A myślę, że:

– Ludzie władzy na różnych szczeblach dopuścili się podczas wprowadzania stanu wojennego wielu zbrodni i podłości. Dobrze, że większość z nich można dziś rozliczać, a ofiarom wypłacać odszkodowania.

– No właśnie: wypłacać ofiarom osobiście, a nie np. ich dzieciom, które straciłyby rodziców podczas tłumienia kolejnego polskiego zrywu przez Armię Czerwoną.

Stan wojenny, przy całej tragiczności, uchronił Polaków przed stokroć bardziej krwawą radziecką inwazją. Twierdzenie, że interwencji by nie było, to naiwność. Utrata Polski oznaczałaby dla ZSRR utratę całej Europy Środkowej (rzut oka na mapę: którędy prowadziła droga z Sowietów do NRD?), a do tego agresywne nuklearne supermocarstwo ery Breżniewa nigdy by nie dopuściło.

– Inna sprawa, że być może zamiast zbrojnego ataku wystarczyłoby odcięcie Polsce dostaw ropy i gazu, bo niby kto „bogatemu” zabroni? Skutki podczas ostrej zimy 1981/82 łatwo sobie wyobrazić.

– Pierwsza „Solidarność” walczyła o słuszne cele (niepodległość, demokracja, samorządność) źle dobranymi metodami. Żądania „na dzień dobry oddajcie całą władzę, a potem zobaczymy” to słaba taktyka w rozmowach z przeciwnikiem uzbrojonym po zęby, który w dodatku – choćby i chciał – nie może ustąpić dalej, niż pozwala mu drugi przeciwnik, silniejszy tak ze 20 razy.

– Rolę Kościoła można oceniać różnie, z pewnością jednak kardynałowie Wyszyński i Glemp nie byli głupcami. Ich namowy, by liderzy „S” powściągnęli apetyty i poszli na kompromis, wynikały nie z sympatii dla PZPR, lecz z trzeźwej oceny sytuacji. Gdyby związkowcy posłuchali prymasa i zgodzili się choćby na udział we Froncie Porozumienia Narodowego (listopad 1981 r., ograniczony, ale jednak pluralizm polityczny), do stanu wojennego zapewne by nie doszło.

– Radykalizacja nastrojów (po obu stronach) groziła wybuchem zamieszek na skalę trudną do przewidzenia, z wojną domową włącznie. Iskrą mógł stać się choćby dowolny incydent podczas masowych demonstracji w rocznicę masakry na Wybrzeżu, planowanych na 17 grudnia.

– Osobna kwestia to ekonomiczny program „S” – rozdawnicza utopia, której realizacji (trzyletnie płatne urlopy macierzyńskie, bajońskie podwyżki pensji…) nie wytrzymałby pewnie nawet budżet USA, a co dopiero ledwo dysząca gospodarka PRL.

Jaką inną decyzję mógł – wobec tego wszystkiego – podjąć u schyłku 1981 r. odpowiedzialny polityk rządzący Polską? Macie pomysły?

To słucham. Obiecuję nie kasować nic poza naprawdę drastycznymi bluzgami.

Roman Czubiński


89. Tuwim – Wiersz Wielce Uczony

2016/07/21

ZNALAZŁEM TO W INTERNECIE. CZYLI TO MUSI BYĆ PRAWDA!!!

Dzisiejsza wersja utworu zawierałaby niewątpliwie wzmiankę o takich wiarygodnych źródłach wiedzy o świecie, jak jutub i Kwejk. A jeśli już pojawiałoby się w niej radio, to… aż strach pomyśleć, które.

***

Na insułach za Japonami
Kokosz-Pstrokosz czubata, gdy jej
sprowadzono kura z Indyey,
zniosła jaje z karakterami.

A pisało na onem jaju:
„Panim+Efad+Eloim+Hubem”;
i przyfrunął z ziemi Nogajów
Gryphus-Skrzekot z czarnym Cherubem.

(A ów Cherub miał zlote szpony,
a ów Gryphus po chińsku świstał
— jak powiada wielce uczony
Lycosthenes, naturalista.)

I siedziała na onem jaju
Kokosz-Pstrokosz lat siedemdziesiąt
u Pygmejów, w mieście Bombaju,
dokąd drogi sto lat i miesiąc.

Aż się z jaja onego wykluł
Kynocephal z ognistą szyją!
(„U czarownic na konwentyklu
przedni przysmak!” – pisze Delrio.)

Za morzami, w dziwnych narodziech,
ukazali się Auripedzi,
item Człekoń albo Mężodziew
na brandańskiej insule siedzi.

By zaś zgubić tego niewida,
czytaj traktat Horsta z Frankonii
(„Misceatur assa foetida
cum oleo hypericoni
„).

Item czytaj księgi Merlina,
Aldrovanda i Montigrada,
item słuchaj radia z Berlina,
gdy uczony Adolphus gada

vir et miles gloriosus, fastus,
mystagogus magnae experientiae,
Theophrastus Paracelsus Bombastus
,
któren posiadł wszelkie one scyencje.

(1936 r.)